Friday, January 31, 2014

Chomik

Co ze sobą zrobić, jak się wydostać, co powiedzieć i czy mowić cokolwiek, jak się uspokoić, gdy wszystko wewnątrz krzyczy. Czuję się jak chomik w karuzeli, biegnę na przód coraz szybciej, ale nigdzie nie dobiegam i bez przerwy mijam tę dziurkę, którą wyskoczyć mogę na zewnątrz i wydostać się z tego kołowrotka. Paranoja.

Wiem, że to bez sensu kopać się z powietrzem. I najchętniej zostawiłabym to wszystko, olała. Ale nie mogę, bo przecież ludzie czekają. Dlaczego on nie rozumie, że tym razem to nie o mnie chodzi. Chciałabym się cieszyć z innych wspaniałości, a nie mogę przez tę męczarnię.

No dobrze, trzeba ułożyć strategię, wymyśleć czas, do którego się nie zamartwiam i podejmuję jakiekolwiek kroki dopiero po tym czasie. Tak, tak właśnie trzeba robić, jak Scarlett - pomyśleć o tym jutro...

A dziś
a dziś spróbuję się zająć tym, co dziś. Bo najważniejsze jest dziś i teraz. Bo przecież nie ma jutra, bo jutro to dziś, tyle że jutro. Trzeba coś poczytać, bo wstyd będzie przy chłopakach, dom przerzucić do góry nogami (gdzie te nogi...), i udawać, że wszystko jest w porządku. W zasadzie przecież jest. Przecież jest.

Wednesday, January 29, 2014

Uspokój się

Usiądź. Uspokój się. Przestań się zadręczać i przejmować. Sama stwarzasz sobie dramat, gdy rzeczy są tak proste. Tak, wiem, ktoś ci w tym bardzo pomaga, tak naprawdę to ta osoba ciągle kreuje twoje dramaty. Gdy tymczasem powinnaś zaufać temu co wiesz, bardzo dobrze wiesz.

Więc się uspokój w końcu.

Chore skrzydło

Moje skrzydło zachorowało. Złe chmury, zaraz po dobrych zwiesiły się nadeń i złość i frustracja kompletnie zakleiły dopiero co wypełnione po brzegi powietrzem pióra. Podchodzę, próbuję ugłaskać, ale słyszę tylko syczenie. To ten zwierzęcy instynkt, gdy ktoś zraniony odpycha innych chcących pomóc w dość drastyczny sposób.
I co robić? Jak pomóc? Jak być a nie denerwować, nie narzucać się? I czy w takich chwilach nie mamy się narzucać mimo wszystko? Dać przestrzeń, czy nei zostawić w spokoju, aż się złamie?

Związane ręce, smutek na policzkach nie do usunięcia.

Gdy martwimy się sami o siebie, łatwo to zmienić. Łatwo olać, zlekceważyć, wmówić sobie coś innego. Ale gdy cierpi ktoś obok, nie wiadomo, jak sobie z tym poradzić, co zrobić, co powiedzieć. Myśli wariują, w sercu wieczny niepokój, wariactwo.

I ten straszny chłód, nie do opisania. Nic innego nie jest ważne, nic innego nie ma siły się poukładać czy zrobić. I gdy by chociaż skrzydło dało się ugłaskać. Ale nie da się. Zbyt dumne.


Tuesday, January 28, 2014

Newsy

Jest mi słabo. Od kilku godzin nie mogę przestać płakać, nie mogę się uspokoić. Czuję się, jakby ktoś walnął mnie w głowę wielkim opuchem zupełnie bez ostrzeżenia. Jak to jest, że jednego dnia ktoś pyta nas o radę w wybraniu życiowej drogi, a kilka dni później dowiadujemy się, że spotkało go coś pięknego i powiedział wszystkim, tylko nie nam... Nawet tym, których normalnie ma w nosie, których wręcz nie lubi. Którzy nic dla niego nie znaczą.
Jak śmiesznie jest dowiedzieć się, że nie znaczymy dla kogoś zupełnie nic, podczas gdy byliśmy przekonani, że jesteśmy w ich życiu naprawdę ważni. Jak strasznie tłuczemy się spadając z tych wyżyn przekonania o czyichś uczuciach w przepaść. Tysiące metrów w dół. Bez spadochronu. W zasadzie zostaje po nas tylko ciapa krwi rozbryzgana po ziemi. I nikt nawet nie będzie już w stanie stwierdzić, że to był ktoś w tej ciapie czy przed tą ciapą, że ktoś jest tą ciapą. Ktoś.

Czy nadinterpretuję? Nie wiem, nawet na sekund kilka nie jestem w stanie skłonić się do takiej myśli. Wszystko wydaje mi się tak jasne.

I wredne śmiechy z boku. Bo nie wiedziałam przed wszystkimi. Bo znów człowiek, który żywi się tylko moją porażką, żalem, tym, by utrzeć mi nosa gdy tylko czuję się ciutkę zbyt pewnie, kończy się ze śmiechu. Nie udało mu się zatruć mi wakacji, udało mu się cudwonie zatruć mi powrót. I znów wygrał. Dlaczego źli ludzie bez przerwy wygrywają?

Łzy poprostu nie przestają mi się lać. Serce mi pęka. Czekam resztakmi nadzieji na telefon, który zaprzeczy wszystkiemu, który wytłumaczy mi dlaczego tak się stało, ale co jeśli telefonu nie będzie? I dlaczego dziwnie czuję, że nie będzie.

Jak mogłeś mnie ominąć, K? Jak mogłeś mi to zrobić? Po tym wszystkim co ostatnio przeżyliśmy? Jak mogłeś tak mnie potraktować?


Thursday, January 23, 2014

Mróz

Nie powinnam o tym pisać, a jednak czuję potrzebę odrobinę ponarzekać. Na mróz. Głupi, zimny mróz. Nie wiem zupełnie co ze sobą zrobić. Pracuję, bo muszę i jakoś to leci, ale marzę nonstop o zakopaniu się w pierzynkę i przespaniu tego bezsensu. Jak niedźwiadek.Wrrrr.

Jem za dużo bo wydaje mi się, że to mój jedyny komfort. jakie to śmieszne, że wydaje nam się, że jak coś zjemy to będziemy mniej zmęczeni. A potem jesteśmy bardziej. I spać chce się też jeszcze bardziej. I jedyna ucieczka to zmusić się do roboty.

Chyba przesadziłam w jednej sprawie i teraz muszę odpokutować. Ah. Ale co tam, trzeba iść za impulsem, korzystać z chwili, sadzić gruszki na wierzbach nawet jak wszyscy mówią, że nie urosną. Naturalnie, że urosną.

Tęsknię za ciepłem, za lataniem, pragnę się zabrać za siebie, zorganizować, poukładać. rozłożyć sprawy na konkretne dni i zasady. Ale jak tu się za to zabrać w takim mrozisku. Ufff.

Koniec. Zamarzłam. Moje myśli, moje słowa zamarzły razem ze mną.

Dobranoc.

 

Sunday, January 19, 2014

Feels like flying

Kto mi to powie, kto mi to wyjaśni, co się tak naprawdę dzieje, co w trawie piszczy, w śniegu skrzypi. Kto usiądzie z boku, popatrzy i będzie wiedział: jest tak a tak, jest to i to.
Nikt.
Kołyszę się więc na skrzydle chwil, piję sok ze skroplonego powietrza przechodzącego nad i pod fruwaczem. Drżę na myśl o słowach, które trenowałam w głowie od wielu wielu miesięcy i nie potrafię ich wypowiedzieć. Niewiarygodne, jak ktoś potrafi nas sparaliżować, pozbawić wszelkich możliwości mowy.

Chciałabym spisać każdy moment, każdą myśl, każdy gest, potem przeanalizować, by dostrzec istotę rzeczy. By zobaczyć to, czego nie widzę. By usłyszeć to, czego nie słyszę.

Ale nie pamiętam tych momentów, albo przelatują one przeze mnie szybkością concorda. I nie daję rady ująć ich w słowa. I nie daję rady ich zanalizować. I wciąż
nie wiem, co znaczą.

Tak wiele rzeczy chcemy komuś powiedzieć. Jest w nas niekończące sie morze słów, myśli, wrażeń, które kipi by się wydostać na tę drugą stronę. I gdy słyszymy ten właściwy głos, widzimy te właściwe oczy, wszystko gdzieś ulatuje w otchłań. Jest w nas ta jakaś dziwna pustka - pełnia, ten księżyc w nowiu, który przecież nadal jest wielki, a prawie go nie widać... Gdzie się chowamy? Czy ten głos, te oczy tak silnie nas oślepiają swoim blaskiem, że znikamy zupełnie, znikamy za samymi sobą?

I co? Co nam zostało? Co mamy dalej robić? Dokąd iść? Co myśleć?

Idź do końca, aaaa
prosto do słońca
a jutro coś dobrego zdarzy się
Idź do końca, aaa
prosto do słońca
a jutro będzie 
nowy dzień...



Saturday, January 18, 2014

Kawa na ławę i nowe znajomości

Więc gdy stajemy nagle przed jakąś decyzją, cokolwiek by to nie było: wyruszenie w śniegową pogodę czy napisanie głupiego maila do kogoś, kto nam nie chce wyjść z głowy, nawet jeśli wiemy, że ten email jest zupełnie bez sensu. Wybranie śniadania. Wina. Smaku herbaty. Są tylko dwa wyjścia: wybrać i zrozumieć, że to dobry wybór, lub męczyć się w jedną i w drugą stronę bez końca.

Najśmieszniejsze jest to, i o tym nikt nam nigdy nie mówi, że tak naprawdę jest tylko jeden wybór i to zupełnie nie istotne, który wybór wybierzemy! Tak, brzmi to może bez sensu, ale absolutnie tak właśnie jest. Nie ważne, czy wybierzemy okno, czy drzwi - wchodzimy do tego samego domu. Zawsze! To takie niesamowite. Muszę o tym pamiętać. Koniecznie. I przestać zamęczać się balansowaniem między wyborami. Bo każdy wybór jest jak wybieranie między jabłkami a jabłkami. Między truskawką a truskawką.

Gadam od rzeczy. Oczy mi się zamykają, a pranie wciąż się nie wysuszyło, nie wspominając o następnym czekającym. Nie wiem o co chodzi z I. Nagle chce mi tłumaczyć teorię latania. W sobotę wieczorem. Bez powodu. Chce mi pomóc. Dziwne to wszystko.

I tak cały wieczór spędziłam na telefonach. Do tego stopnia, że wciąż nie oddzwoniłam na jeden, a inne walczyły o siebie w tym samym czasie.

Mój niemiecki żołnierz uśmiecha się do mnie.

A na stole leży wiekie zdjęcia mojego nowego bejbika: pięknego aeroplana świeżo dostarczonego przez pocztę. Gdzie zawiśnie? W sypialni? W salonie?

Więc dziś poznałam V. Tak, natknęło mnie wczoraj, choć tak mi się nie chciało, ale dziś doszłam do wniosku, że trzeba jednak ruszyć tyłek i poznac nowych ludzi. Czułam się jak idiotka, bo przecież zupełnie nie mówię po rosyjsku, więc nasza wymiana językowa szła dość mocno w jedną stronę. Bo V. ćwiczy swój polski a ja że niby rosyjski. Zrozumiałam znów, jak fajnie by było pogadać tak po serbsku. Eh.

Lepiej już pójdę spać. Snów do naśnienia, trzeba zmienić te głupie, co śniły mi sie dziś. O czym to było? Ah, o inwazji jakiejś, o zamienianiu ludzi w coś. Jakiś facet, który mi wytłumaczył, że i tak wyszscy będą musieć przejść tę transformację. Więc lepiej, żebym przeszła z nim niż z kimś obcym. Tę transformację można było przejść tylko z otwartymi oczami. Moje oczy były zamknięte, ale wiedziałam, że jestem zmieniona, przetransferowana.
I wtedy zaczęłam żyć w tym nowym świecie. I co? I wcale nie było tak źle.

I co to znaczy? Może ktoś mnei sprowadzi na jakąś inną drogę, której się boję, która wydaje mi się jakimś końcem świata, a wcale nie jest i okaże się całkiem w porządku?

A może powinnam iść już spać i przyśnić coś sensowniejszego.