Monday, December 19, 2011
Wszystko przez pianino
Tak, to wszystko przez pianino, a dokładniej przez pianino Ludovico Einaudi. Gra we mnie dziś od rana i nie mogę go zatrzymać powstrzymać uciszyć. I czuję znów to onieśmielenie pianinne. I myślę znów, by nauczyć się grać.
Tak wiele rzeczy do zrobienia, tak mało czasu.
Wstępne sprzątaniowe podejście okazało się sukcesem. Trudno odważyć się poprzesuwać meble, wciąż zastanawiam się, co gdzie w którą stronę i czy jest sens tylko trochę, skoro całość nie może dojść do skutku poprzez zielone pomarańcze kanapy niechcianej. J. śmiałby się ze mnie, że kolejną rzecz chcę chomikować... I czy lepiej być chomikiem czy uciekaczem i porzucaczem.
Uwielbiam ten stan. Tego błogiego spokoju, ciszy z najwyżej lekkim dodatkiem pianina, ale ciszy duszy, ciszy myśli, które mogą się wreszcie znów na chwilę uspokoić. Oh, jakże czekałam na ten moment. I teraz znów wszystko mi jest możliwe, wszystkiego mi się chce, wszystko jest piękne.
Jakkolwiek pewne pożegnania są chyba konieczne. Czy jeśli kogoś denerwujemy, a wydaje im się, że nas lubią albo chcą nas lubić, czy powinniśmy walczyć, naprawiać czy raczej udawać, że wcale nie jesteśmy tacy jacy jesteśmy dla nich, czy -
delikatnie, po cichu
odejść.
I czy zatrzymać trzy kanapy i ułożyć z nich świat,
czy oddać, porzucić, zrezygnować z jednej i zbudować piękną przestrzeń.
I co tu zjeść na obiad....
Thursday, December 15, 2011
A na drzewie
A na drzewie rośnie kwiatek. Tak fajnie przytula się do liści jak w tym moim ostatnim śnie o jeżdżeniu i niespodziewanych pragnieniach. A wczoraj wymyśliłam sobie drzewo z niebieskimi kwiatkami i odrazu mi piękniej. Tęsknię za wiosną?
Tęsknię.
I za morzem możliwości, uśmiechów, podarunków wesołych. I za strachami na lachami karaluchami pod poduchami i tak dalej. I za sercem w butonierce i na huśtawce. Z wymachającymi nogami. Koniecznie.
Ale dziś potrzeba mi odpoczynku. Błogości nicnierobienia pragnę tak bardzo. Zdaje mi się, że nie potrafię zebrać żadnej energii na cokolwiek bez przyzwoitego porządnego odpoczynku. Spania za długiego, oglądania za dużego, czytania bez końca. Oh jak bardzo pragnę poczytać niemieckie gazety, hamerykańskie czytadła i moje milion książek na parapecie.
Ale nie da mi się czytać w tym bajzlu.
A posprzątać bajzlu siły i energii tak straszny brak.
A energia ma przyjść gdy odpocznę.
A odpoczynek tak naprawdę możliwy jest tylko wtedy gdy posprzątam....
I kto wymyślił te koła maciejoła?
Gdybym miała jakiś dobry proszek nasenny, pospałabym tak ze dwa trzy dni. Może wtedy by mi przeszło?
Więc idę spać, dobranoc. Tylko trochę martwi mnie fakt, że jutro będę znów musiała sztucznie przedłużać nasilny sen, który tak bardzo bardziej męczy niż daje ukojenie...
I tylko może przyśni mi się to drzewo, a jeśli się nie przyśni to sama je sobie wymyślę i poprzytulam się do uśmiechu
jak do liści.
Tęsknię.
I za morzem możliwości, uśmiechów, podarunków wesołych. I za strachami na lachami karaluchami pod poduchami i tak dalej. I za sercem w butonierce i na huśtawce. Z wymachającymi nogami. Koniecznie.
Ale dziś potrzeba mi odpoczynku. Błogości nicnierobienia pragnę tak bardzo. Zdaje mi się, że nie potrafię zebrać żadnej energii na cokolwiek bez przyzwoitego porządnego odpoczynku. Spania za długiego, oglądania za dużego, czytania bez końca. Oh jak bardzo pragnę poczytać niemieckie gazety, hamerykańskie czytadła i moje milion książek na parapecie.
Ale nie da mi się czytać w tym bajzlu.
A posprzątać bajzlu siły i energii tak straszny brak.
A energia ma przyjść gdy odpocznę.
A odpoczynek tak naprawdę możliwy jest tylko wtedy gdy posprzątam....
I kto wymyślił te koła maciejoła?
Gdybym miała jakiś dobry proszek nasenny, pospałabym tak ze dwa trzy dni. Może wtedy by mi przeszło?
Więc idę spać, dobranoc. Tylko trochę martwi mnie fakt, że jutro będę znów musiała sztucznie przedłużać nasilny sen, który tak bardzo bardziej męczy niż daje ukojenie...
I tylko może przyśni mi się to drzewo, a jeśli się nie przyśni to sama je sobie wymyślę i poprzytulam się do uśmiechu
jak do liści.
Monday, December 12, 2011
Buuu:(
Dziś jestem smutna. Wiem, wiem, to tylko PMS. Chwilowy dołek ierowany tylko i wyłącznie głupimi hormonami. A jednak wiedząc to nie potrafię powstrzymać głupiej wilgoci między rzęsami.
Pierwszy dzień wakacji. No prawie, bo wciąż oceny do wystawienia, ale nie ma już dzieciaków koło nosa. I gdy dziś tak siedziałam ugniatając kręcącą się glinę, i patrzyłam kątem oka na tego fajnego nauczyciela, który mi się niestety nie trafił, a który przychodzi czasem czy zostaje trochę dłużej w czasie naszej klasy, i gdy tak zaraz tez zobaczyłam nieprzeciętną brunetkę pląsającą w jego kierunku i odpląsującą za małą chwilę z hasłem: "see ya in a little bit! luv ya" ('do zobaczenia wnet! koch' cie') - więc w tej właśnie chwili, smutek przysiadł mi na ramieniu i zaczął wymachiwac nogami.
- Przecież i tak nie byłaś nim zainteresowana. - Rzekł.
- Wiem. I przecież myślałam, że albo jest gejem albo właśnie ma jakąś równie artystyczną brunetkę przy boku - odrzekłam.
- No to co z tym nosem aż po samą glinę?
- No bo każdy kogoś ma. Świat jakby składał się z ludzi, którzy kogoś mają. Na każdym kroku. I ja jeszcze do niedawna miałam moje miśki, moje dzieciaki, a teraz - nic. Pustka. Nie ma do kogo wstać rano i jechać.
I aż nie mogłam uwierzyć, że ot tak w jednej chwili, po upływie zaledwie weekendu od ostatnich zajęć tęsknię za moimi studentami. Czy aż tak ze mną źle, czy aż tak bardzo ich kocham?
A potem ta głupia baba. AAAAAAAA jak ja jej nienawidzę. Kto jej pozwolił "uczyć". Co za porażka. Kobeita nadaje się co najwyżej na wystawę psów. Jako pies, naturalnie. I to kundel. Choć mam wrażenie, że obrażam kundle, kundle przecież to dobre psiaki. Brak mi słów. Szczota zielona. Naprawdę.
I co teraz? Well, przynajmniej podjęłam decyzję. Chciałam kontynuowac tę klasę z jakimś przyzwoitym nauczycielem. Ale teraz już wiem, że podczas gdy z gliny mogę coś ulepić, wydziergać kwiatka czy ważkę też całkiem potrafię, tak malować - nie umiem zupełnie. Podejrzewam, że tylko dlatego, że nikt mnie k*** tego nie nauczył!! Seriously, już dawno nie czułam wobec kogoś tak negatywnych uczuć i takiej bezsilnej złości przez tę babę:(((
Nic, tylko zjeść coś dobrego, obejrzeć jakiś durny serial i iść spać. "Może warto żyć do jutra." Może jutro, gdy spotkam się na niemieckie filmowanie z moimi miśkami, odżyję, uśmeichnę się, poczuję ten zapach łotewerowości powszechnej.
Acha. I mam nowe auto. Jest cudowne, zakochuję się coraz bardziej. Jutro highway. Yaaaaay.
Pierwszy dzień wakacji. No prawie, bo wciąż oceny do wystawienia, ale nie ma już dzieciaków koło nosa. I gdy dziś tak siedziałam ugniatając kręcącą się glinę, i patrzyłam kątem oka na tego fajnego nauczyciela, który mi się niestety nie trafił, a który przychodzi czasem czy zostaje trochę dłużej w czasie naszej klasy, i gdy tak zaraz tez zobaczyłam nieprzeciętną brunetkę pląsającą w jego kierunku i odpląsującą za małą chwilę z hasłem: "see ya in a little bit! luv ya" ('do zobaczenia wnet! koch' cie') - więc w tej właśnie chwili, smutek przysiadł mi na ramieniu i zaczął wymachiwac nogami.
- Przecież i tak nie byłaś nim zainteresowana. - Rzekł.
- Wiem. I przecież myślałam, że albo jest gejem albo właśnie ma jakąś równie artystyczną brunetkę przy boku - odrzekłam.
- No to co z tym nosem aż po samą glinę?
- No bo każdy kogoś ma. Świat jakby składał się z ludzi, którzy kogoś mają. Na każdym kroku. I ja jeszcze do niedawna miałam moje miśki, moje dzieciaki, a teraz - nic. Pustka. Nie ma do kogo wstać rano i jechać.
I aż nie mogłam uwierzyć, że ot tak w jednej chwili, po upływie zaledwie weekendu od ostatnich zajęć tęsknię za moimi studentami. Czy aż tak ze mną źle, czy aż tak bardzo ich kocham?
A potem ta głupia baba. AAAAAAAA jak ja jej nienawidzę. Kto jej pozwolił "uczyć". Co za porażka. Kobeita nadaje się co najwyżej na wystawę psów. Jako pies, naturalnie. I to kundel. Choć mam wrażenie, że obrażam kundle, kundle przecież to dobre psiaki. Brak mi słów. Szczota zielona. Naprawdę.
I co teraz? Well, przynajmniej podjęłam decyzję. Chciałam kontynuowac tę klasę z jakimś przyzwoitym nauczycielem. Ale teraz już wiem, że podczas gdy z gliny mogę coś ulepić, wydziergać kwiatka czy ważkę też całkiem potrafię, tak malować - nie umiem zupełnie. Podejrzewam, że tylko dlatego, że nikt mnie k*** tego nie nauczył!! Seriously, już dawno nie czułam wobec kogoś tak negatywnych uczuć i takiej bezsilnej złości przez tę babę:(((
Nic, tylko zjeść coś dobrego, obejrzeć jakiś durny serial i iść spać. "Może warto żyć do jutra." Może jutro, gdy spotkam się na niemieckie filmowanie z moimi miśkami, odżyję, uśmeichnę się, poczuję ten zapach łotewerowości powszechnej.
Acha. I mam nowe auto. Jest cudowne, zakochuję się coraz bardziej. Jutro highway. Yaaaaay.
Wednesday, November 30, 2011
Field Trip i The Endy
Więc field trip. Do downtown Christkindlmarkt. Było znacznie milej niz kiedykolwiek bym pomyślała. Co ciekawe, wielu z moich dzieciaków okazało się niezwykle fajnymi i ku memu zaskoczeniu miałam piękny czas. Kto by pomyślał. Dzięki N., dzięki C. i niezykle miłemu J. i całej reszcie też - eh. Jak miło.
Gdzieś wewnątrz wiedziałam, że to będzie przełom, że to będzie ta deadline, w której zobaczę prawdę, w której zobaczę to, co tak naprawdę od dawna chciałam zobaczyć. Co może widziałam, ale nie byłam przekonana, czy nie chciałam być przekonana...
I czy wszystko stało się jasne tylko przez ten komplement od kogoś, od kogo zupełnie bym się go nie spodziewała??
Więc to koniec. Koniec ery M. Jakie to zabawne, że zawsze te rzeczy, których oczekuję od kogoś konkretnego, robi ktoś inny... M. zawiódł mnie już na samym początku. I potem już wszystko potoczyło się bardzo prędko za. Swoje zgarnęłam, nakarmiłam się, przywłaszczyłam sobie, ale od pierwszej chwili już czułam, że to będzie tak zwane popularne "that's it".
C. uświadomił mi dziś, że M. powinien cieszyć się, że ma tak wiele mojej uwagi, że powinien poprostu to jakoś docenić, uśmeichnąć się, jeśli już nie stawać na rzęsach by coś dla mnie zrobić miłego. I to takie śmieszne, że miałam nadzieję, że zrobi coś miłego (choć może oczekuję zbyt wiele...), a tymczasem obsypali mnie samymi miłymi rzeczami wszyscy inni...
Więc żegnaj, M. Sela vi.
...a twój uśmiech
twój uśmiech pokruszę gołębiom na rynku.
I nawet nie będzie mi żal.
Gdzieś wewnątrz wiedziałam, że to będzie przełom, że to będzie ta deadline, w której zobaczę prawdę, w której zobaczę to, co tak naprawdę od dawna chciałam zobaczyć. Co może widziałam, ale nie byłam przekonana, czy nie chciałam być przekonana...
I czy wszystko stało się jasne tylko przez ten komplement od kogoś, od kogo zupełnie bym się go nie spodziewała??
Więc to koniec. Koniec ery M. Jakie to zabawne, że zawsze te rzeczy, których oczekuję od kogoś konkretnego, robi ktoś inny... M. zawiódł mnie już na samym początku. I potem już wszystko potoczyło się bardzo prędko za. Swoje zgarnęłam, nakarmiłam się, przywłaszczyłam sobie, ale od pierwszej chwili już czułam, że to będzie tak zwane popularne "that's it".
C. uświadomił mi dziś, że M. powinien cieszyć się, że ma tak wiele mojej uwagi, że powinien poprostu to jakoś docenić, uśmeichnąć się, jeśli już nie stawać na rzęsach by coś dla mnie zrobić miłego. I to takie śmieszne, że miałam nadzieję, że zrobi coś miłego (choć może oczekuję zbyt wiele...), a tymczasem obsypali mnie samymi miłymi rzeczami wszyscy inni...
Więc żegnaj, M. Sela vi.
...a twój uśmiech
twój uśmiech pokruszę gołębiom na rynku.
I nawet nie będzie mi żal.
Tuesday, November 29, 2011
Zima, czynsz i field trip
A dziś przyszło coś podobne do mrozu. Jeszcze nie mróz, bo szyby czyste, ale zimno jak w lodówce. Tylko śniegu brakuje. Ciekawe, czy spadnie w ogóle, po tym jak wreszcie, po dwóch latach ciągłego zasypania i odmiatania samochodu nogą, kupiłam łopatę.
A dziś jakiś smutny trochę dzień. Może jestem poprostu zmęczona... A może papierowy księżyc z nieba spadł, skończył się video film, znów taksówką sama jadę w świat, w którym nie liczy się nic...
Prawdopodobnie najlepiej by było, gdybym położyła się spać. I nie myślała tyle o moich ulubionych gruszkach na sośnie. Bo i po co.
A jutro
jutro dzień w downtown, którego zupełnie nie wiem jak zorganizować. Ach, no właśnie, przecież muszę ułożyć plan zajęć christkindlmarktowych! Eh. Tak, tak właśnie mi się chce. Nie cierpię field tripsów (wycieczek klasowych), bo zupełnie nie wiem, jak je ugryźć. I coraz dziwniej mi może niecierpliwiej z jedną sprawą i bardziej mnie to niepokoi niż cieszy. Bardziej mi zależy?
Gdzie ten śnieg. Mam jechać za choinką a nastrój tak na mnie spada jak białe szczęście owo. Ni huhu. Wciaż nie mogę uwierzyć, że to zima już. Przecież dopiero było lato, we mnei cały czas lato, jakie to dziwne i niedorobione. Nie wiem kto to wymyślił. To napweno jakiś teatr, czas, czas poprostu nie istnieje i skąd to zaskoczenie. Ktoś sobie nagle wymyślił zimę, a może global warming działa i dzieje sie jak w tym filmie i zamarazamy powoli, a wszyscy myślą, że mineło już tyle czasu od lata i zima przyszła.
I tylko jedna rzecz mi nie pasuje: bez przerwy, prawie aż codziennie, jakby się mogło zdawać, musze płacić ten pokręcony czynsz.
Tak. Więc, podsumowując:
- jest zimno
- chyba za bardzo mi zależy na kimś/czymś, na czym zależeć mi nie powinno
- nie wiem, co wymyślić na jutro
- chcę wakacji i skaczę z radości, że zostały tylko dwa tygodnie
- nie lubię, a tęsknię - nie wiem jak to możliwe
- moja konkurencja jest zaś brzydka i co zaś zostanie wybrana??
- przywlekłam w końcu mój pierwszy talerz gliniany i nie wiem czy powiesić jako strach na wróbl ena balkonie czy postawić gdzieś w widocznym miejscu by przypominał mi: nie bierz sie nigdy więcej za rzeczy, w których jesteś tak dobra jak w fizyce i chemii...
Dobra. Idę wymyślać tego field tripa. Grr.
A dziś jakiś smutny trochę dzień. Może jestem poprostu zmęczona... A może papierowy księżyc z nieba spadł, skończył się video film, znów taksówką sama jadę w świat, w którym nie liczy się nic...
Prawdopodobnie najlepiej by było, gdybym położyła się spać. I nie myślała tyle o moich ulubionych gruszkach na sośnie. Bo i po co.
A jutro
jutro dzień w downtown, którego zupełnie nie wiem jak zorganizować. Ach, no właśnie, przecież muszę ułożyć plan zajęć christkindlmarktowych! Eh. Tak, tak właśnie mi się chce. Nie cierpię field tripsów (wycieczek klasowych), bo zupełnie nie wiem, jak je ugryźć. I coraz dziwniej mi może niecierpliwiej z jedną sprawą i bardziej mnie to niepokoi niż cieszy. Bardziej mi zależy?
Gdzie ten śnieg. Mam jechać za choinką a nastrój tak na mnie spada jak białe szczęście owo. Ni huhu. Wciaż nie mogę uwierzyć, że to zima już. Przecież dopiero było lato, we mnei cały czas lato, jakie to dziwne i niedorobione. Nie wiem kto to wymyślił. To napweno jakiś teatr, czas, czas poprostu nie istnieje i skąd to zaskoczenie. Ktoś sobie nagle wymyślił zimę, a może global warming działa i dzieje sie jak w tym filmie i zamarazamy powoli, a wszyscy myślą, że mineło już tyle czasu od lata i zima przyszła.
I tylko jedna rzecz mi nie pasuje: bez przerwy, prawie aż codziennie, jakby się mogło zdawać, musze płacić ten pokręcony czynsz.
Tak. Więc, podsumowując:
- jest zimno
- chyba za bardzo mi zależy na kimś/czymś, na czym zależeć mi nie powinno
- nie wiem, co wymyślić na jutro
- chcę wakacji i skaczę z radości, że zostały tylko dwa tygodnie
- nie lubię, a tęsknię - nie wiem jak to możliwe
- moja konkurencja jest zaś brzydka i co zaś zostanie wybrana??
- przywlekłam w końcu mój pierwszy talerz gliniany i nie wiem czy powiesić jako strach na wróbl ena balkonie czy postawić gdzieś w widocznym miejscu by przypominał mi: nie bierz sie nigdy więcej za rzeczy, w których jesteś tak dobra jak w fizyce i chemii...
Dobra. Idę wymyślać tego field tripa. Grr.
Thursday, November 24, 2011
Piaskownica
Pamiętam te chwile, gdy całymi dniami siedziałam w piaskownicy i bawiłam sie sama ze sobą. Nawet nie zauważałam, jak mijały godizny i z ranka zorbił się wieczór, mama wołała do domu a mnei tak nie chciało się iść.
I te chwile, gdy godiznami siedziałam w swoim pokoju i pisałam listy, wiersze, pomarańcze, wyobrażałam sobie rozmowy z ludźmi, którzy powalali mnie na łopatki, albo układałam sobie film o samej sobie.
A dziś, siedzę sobie właśnie sama, w święto dziękczynienia, i myślę o tym, jak pięknie i dobrze jest mi samej.
Uwielbiam moją samość z czekolady. Uwielbiam wspinać się po myślach nieokiełznanych, leniuchować obijając się o ściany, zastanawiać się czy kupić ten nowy fotel i przestawiać w głowie meble w mieszkaniu, co by było piekniej i by poczuć tę radość zmian.
Gdybać o spotkaniach i słowach, układać wiersze pisać posty odwiedzać lodówkę fejsbukową, by zobaczyć co tam u M.
Lubię być sama. Wsłuchiwać się w ciszę i rysować statki na niebie. I zbierać piasek do wiaderek, robić zeń paschę i cieszyć się na bliskie spotkania
z ludkami.
I te chwile, gdy godiznami siedziałam w swoim pokoju i pisałam listy, wiersze, pomarańcze, wyobrażałam sobie rozmowy z ludźmi, którzy powalali mnie na łopatki, albo układałam sobie film o samej sobie.
A dziś, siedzę sobie właśnie sama, w święto dziękczynienia, i myślę o tym, jak pięknie i dobrze jest mi samej.
Uwielbiam moją samość z czekolady. Uwielbiam wspinać się po myślach nieokiełznanych, leniuchować obijając się o ściany, zastanawiać się czy kupić ten nowy fotel i przestawiać w głowie meble w mieszkaniu, co by było piekniej i by poczuć tę radość zmian.
Gdybać o spotkaniach i słowach, układać wiersze pisać posty odwiedzać lodówkę fejsbukową, by zobaczyć co tam u M.
Lubię być sama. Wsłuchiwać się w ciszę i rysować statki na niebie. I zbierać piasek do wiaderek, robić zeń paschę i cieszyć się na bliskie spotkania
z ludkami.
Monday, November 21, 2011
No dobrze
...napisze sobie więcej, bo znów doszło do tego, że wszyscy mają mnie dość i nikt nie ma cierpliwości do słuchania. Najgorsze jest to, że nie mogę ich za to winić, bo od dziecka wiem, jak trudno komukolwiek było dokonać dzieła słuchania Misia Faziego, Dyzia Marzyciela, który to miał nieopanowaną tendencję do zaczynania jednego tematu, po drodze przechodząc do tysiąca czterdziestu innych tematów (bo każdy przecież następny przypominał mi właśnie o tym innym kolejnym, o którym też tak bardzo chciałam powiedzieć i tak pięknie współgrał), i nigdy nie kończenia tego jednego tematu, na którym się zaczęło, nie wspominawszy już zupełnie o tych wszystkich podrogowych tematach, które też warto byłoby skończyć, no ale właśnie przerwały im inne tematy, i jakoś tak nigdy się to koło nie skręciło spowrotem. No bo to i przecież takie koło, jak moje garnki, które lepię są okrągłe...
Więc tak chyba stąd piszę, pisać muszę. Tu też trochę (ale tylko trochę) łatwiej opanować kończenie przynajmniej niektórych tematów. Choć ci, którzy znają moje pisanie naprawdę, wiedzą, że mało redaguję czy poprawiam, jeśli cokolwiek w ogóle, a wszystko jest tylko pasmem myśli nieposkładanych, spisywanych prosto z mojej głowy. I może dlatego też tak nudne i dobrze wiem, że tylko ja je tu sobie czytam haha.
Ale co tam. Bałwan w myślach, śnieg pomylony z kimś innym, marzenia chrzanienia.
Muszę wrócić znów do dziś, bo to dziś "prześpiewuje we mnie na przestrzał". "W rozmigotaniu" w dodatku. Zastanawiam się czasami ostatnio, czy uczucia naprawdę istnieją, czy to tylko nasza głowa. Czy coś sobie tam w tych szarych komórkach poukładamy tak a nie inaczej i nie umiemy się sobie z nich wydostać.
Czy to, że przy M. czuję się tak ciepło i dobrze, to rzeczywiście uczucie ciepła i dobrości, czy gdzieś sobie w którejś chwili powiedziałam, że tak chciałabym się czuć, i sobie to stosuję w dawkach bardzo miłych i uspokajających. Bo dlaczego nie, jeśli pomaga na tyle dolegliwości, dusznych przede wszystkim.
No i tak nie wiem, jak to jest naprawdę. Ale czy warto to roztrząsać, hm hm.
***
Wiem, wiem, że nie powinnam się w ogóle nad tym zastanawiać. Wiem, że nie powinnam suszyć sobie samej głowy o to wszystko, ale jak no jak mogę sobie przestać suszyć, jak taka mokra ta głowa moja. Jak mogę udawać, że nie ma nic, jeśli wiem, czuję (bądź sobie bardzo sprytnie wmówiłam), że jest. Te schodki na każdym kroku, gdzie się nie obrócę, o czym nie przypomnę, w jaką myśl nie ucieknę. Te schodki. Ten spokój, ta jedność myśli i to zrozumienie. "Puknij się w głowę" powiedziałaby mi mama, jakby usłyszała moje myśli... Więc pukam i pukam się... lecz jedyne co brzmi jest małe ciepłe
M.
Więc tak chyba stąd piszę, pisać muszę. Tu też trochę (ale tylko trochę) łatwiej opanować kończenie przynajmniej niektórych tematów. Choć ci, którzy znają moje pisanie naprawdę, wiedzą, że mało redaguję czy poprawiam, jeśli cokolwiek w ogóle, a wszystko jest tylko pasmem myśli nieposkładanych, spisywanych prosto z mojej głowy. I może dlatego też tak nudne i dobrze wiem, że tylko ja je tu sobie czytam haha.
Ale co tam. Bałwan w myślach, śnieg pomylony z kimś innym, marzenia chrzanienia.
Muszę wrócić znów do dziś, bo to dziś "prześpiewuje we mnie na przestrzał". "W rozmigotaniu" w dodatku. Zastanawiam się czasami ostatnio, czy uczucia naprawdę istnieją, czy to tylko nasza głowa. Czy coś sobie tam w tych szarych komórkach poukładamy tak a nie inaczej i nie umiemy się sobie z nich wydostać.
Czy to, że przy M. czuję się tak ciepło i dobrze, to rzeczywiście uczucie ciepła i dobrości, czy gdzieś sobie w którejś chwili powiedziałam, że tak chciałabym się czuć, i sobie to stosuję w dawkach bardzo miłych i uspokajających. Bo dlaczego nie, jeśli pomaga na tyle dolegliwości, dusznych przede wszystkim.
No i tak nie wiem, jak to jest naprawdę. Ale czy warto to roztrząsać, hm hm.
***
Wiem, wiem, że nie powinnam się w ogóle nad tym zastanawiać. Wiem, że nie powinnam suszyć sobie samej głowy o to wszystko, ale jak no jak mogę sobie przestać suszyć, jak taka mokra ta głowa moja. Jak mogę udawać, że nie ma nic, jeśli wiem, czuję (bądź sobie bardzo sprytnie wmówiłam), że jest. Te schodki na każdym kroku, gdzie się nie obrócę, o czym nie przypomnę, w jaką myśl nie ucieknę. Te schodki. Ten spokój, ta jedność myśli i to zrozumienie. "Puknij się w głowę" powiedziałaby mi mama, jakby usłyszała moje myśli... Więc pukam i pukam się... lecz jedyne co brzmi jest małe ciepłe
M.
Subscribe to:
Posts (Atom)