Tuesday, June 19, 2012

Detoks trwa

Drugi tydzień detoksu. Ugh, jak to mawiał zawsze P. Jestem słaba, śpiąca i żołądek doprowadza mnie do szewskiej pasji. Każde jedzenie boli, ba, nawet woda boli piecze i powoduje, że czuję się jakby całe moje wnętrze przełykowo-żołądkowe było jedną wielką niegojącą się raną.
Detoks wypruwa z emnie całą energię. A energii przecież powinnam mieć teraz całe morze, i trochę jej mam, nawet dbam o siebie i o kuchnie, aż dziwnie, ale do pracy... do pracy nie mam kompletnie energii. Na samą myśl czuję ból całego ciała, senność, słabość na miarę gorączki. No ale to przecież właśnie codzienność detoksu.

Siedzę sobie w pracy. Zaraz przyjdzie szefowa i się zacznie. Ból pracy w otoczce bólu wyrzutów sumienia. Że nie mam siły do pracy, a ona tak bardzo na mnie liczy. Czy mi to przejdzie? Czy odejdzie? Już aż jestem zmęczona tym zmęczeniem i nic nie mieniem siły na.

No, ale koniec jojczeń i narzekań. Robiłam to już tyle razy, dam radę i teraz. Zresztą przecież najważniejsze jest i tak tylko to, że...

że F.


Sunday, June 17, 2012

Niepewność

Pisząc ten tytuł odrazu nuci mi się Grechuta... ale nie, nie będzie o przyjaźniach czy kochaniach, nie będzie o gruszkach na wierzbie. Będzie na poważnie dziś. Z pytaniem, może retorycznym, na początek:
Czy niepewność, to wstrętne uczucie, którego nikt nie lubi, uczucie bycia na jakiejś huśtawce, niepewność czy dla kogoś jesteśmy ważni czy ot tak średnio czy wcale - więc czy ta właśnie niepewność wynika z niskiej samooceny, czy może z "pola popisu" nazwijmy to umownie, tej drugiej osoby?
Chodzi mi to po głowie i wciąż zastanawiam się, czy to ja tak to buduję, czy to świat buduje się dookoła mnie. I nie wiem. A może obydwie opcje. A może jeszcze jakaś inna.

Niepewność bywa jednak czasem nakarmiona. Wynagrodzona spokojem i relaksem. Takim relaksem, jakiego właściwie nie umiem zastosować na codzień. A może tylko mi się tak wydaje.

Tak czy siak, mam nastrój na piosenkę, o taką:


Tuesday, June 12, 2012

ZE ZŁOŚCI

Kochałabym cię (psiakrew, cholera!),
gdyby nie ta niepewność,
gdyby nie to, że serce zżera
złość, tęsknota i rzewność.

Byłabymwierna jak ten pies Burek,
chętnie sypiałabym na słomiance,
ale ty masz taką naturę,
że nie życzę żadnej kochance,

Kochałabym cię (sto tysięcy diabłów!),
kochałabym (niech jasna krew zaleje!),
ale na mnie coś takiego spadło,
że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

z fotografią, jak kto głupi, się witam,
z fotografią (psiakrew!) się liczę,
pójdę spać i nie zasnę przed świtem,
póki z grzechów się jej nie wyliczę,

a te grzechy (psiakrew!) malutkie,
więc (cholera!) złości się grzesznik:
że na przykład, wczoraj piłam wódkę
lub że pani Iks - niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierna,
taki, co to "ślady po stopach"?...
Mój miły, minął październik,
mój miły (psiakrew!), mija listopad.

Mój miły, całe życie mija...
Miły! miły! - powtarzam ze szlochem...
To mi życie daje, to zabija,
że ja ciągle (psiakrew) ciebie ---

/przerobiony Broniewski/

Sunday, June 10, 2012

Głupi detoks

Nie cierpię detoksu. Cokolwiek nie zrobię, nie zjem, nie wypiję, czuję się jak na kacu, głodzie i w stanie grypy jednocześnie. A w pomieszaniu z centrowaniem na kole 3 kilogramów czerwonej gliny (wyzwanie talerzowe) wyszło podwojenie ogólnych efektów. Jakkolwiek uśmiech B. zasłonił wszystkie efekty i symptomy, słabości i te inne. Tęskniłam za jego zielonymi oczami.

I co teraz zrobić ze sobą. Tyle pracy, tyle planów, chęci różowych, nawet rower pałęta się gdzieś po głowie, a sił zero i piorunujący ból żołądka rozkłada mnie w istocie na łopatki.
Ale tak właśnie się płaci za złamanie diety.

Niezwykle ciekawe doświadczenie życiowe za mną. Strzelanie z prawdziwego najprawdziwszego pistoletu. 30 razy. Wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

A rosyjskie klimaty trochę mnie konfiuzują. Czy coś przegapiłam? Czy coś się zmieniło? Czy jednak nie powinnam się czuć równouprawniona i zostawić pewne decyzje po drugiej stronie?
Nie wiem. Jest mi głupio. Bardzo głupio. Ale przecież i tak w to nie bardzo wierzę, i tak mi w zasadzie nie zależy, więc nie ma sensu się przejmować czy zastanawiać. Lepiej wezmę się za oliwienie roweru.

A na koniec jeden z moich ulubionych. Bo tak bardzo moich?


To moje
dusza wiatr drzewo
to moje
zielone kałuże oceanów
Wyciągam ręce:
chodźcie do mnie
drzewa koty wiatry
kałuże
chodźcie moje
okna dusze zwierzęta
no

A czyja jestem ja
gdzie pójdę



Friday, June 8, 2012

MORZE

Tęsknię za snem gęsim
za smyczkiem dłoni Pana Boga
którym rysuję
struny zeszytów
tęsknię.
Za wiatrem ciepła tęsknię
słonkiem odpoczynku
Oczami na radosny ranek
zamiast poniedziałku
Poniedziełek
jest nagle pretensjonalnie uparcie
wścieczonym o nieee

Tęsknię.
Za Małyszem w kieszeni
piórem za uchem
uśmiechem
zwyczajnym spokojnym uśmiechem

I za morzem tęsknię.
Czasu.

Wednesday, June 6, 2012

JetLag

Powieki lekko zsuwaja mi się na oczy, senność, acz delikatna, przytula mnie lekko ale nie chce mnie porwać w czeluście łóżkowe. I ta nieśmiałość podoba mi się i bawi mnie. Ranki o 6 godzinie, kawa prawie niepotrzebna wtedy a kiedy indziej - tak właśnie mniej więcej przechodzę mój jetlag bardzo umiarkowany.

Trzy tygodnie w Polsce oderwały mnie gdzieś, porwały w zupełnie inną rzeczywistość. Przez trzy tygodnie w Polsce czułam się jak za dawnych chyba czasów. Choć tymczasowość codzienna nie dawała mi spokoju. Jakie to głupie, nie umiem w ogóle przeżywać wakacji, relaksować się zwyczajnie. Czuję się dziwnie i jakby we śnie oderwana od codzienności. I zastanawiam się, czy to tylko ja, czy ludzie tak ogólnie się czują na wakacjach.

Szkoda, że nie można połączyć dwóch drogich światów. Wybory zyciowe są naprawdę nie fair.

Tymczasem w powietrzu małe i duże wzloty. I włosy rozwiane, i myśli rozwiane. Za bardzo, za mocno, za daleko. Chcę je uspokoić, ale czy się da? I czy tak naprawdę chcę? Celuję w pięć srok na raz i pewnie jak zwykle z żadnej nic nie wyjdzie, ale przynajmniej sobie poceluję. Przynajmniej kiedy wreszcie wygrzebię się z tego jetlagu, bo właśnie moja buzia otwiera się na rozmiar słonia albo hichopotama.

Tęsknię. Czy można tęsknić zanim się kogoś zna? Tak, można, robiłam to już nie raz. To nie prawdziwa tęsknota, tylko taka wymyślona, Poświatowskiejska, ta co się lubi wspinać po poręczy uśmiechu i tak dalej... ale co tam. Ważne, że właśnie tak cudnie miła i aksamitna...

A teraz już pora na dobranoc bo w moim organiźmie trzecia w nocy... i na nic tłumaczenia, że tak naprawdę jest dopiero 8...