Sunday, June 17, 2012

Niepewność

Pisząc ten tytuł odrazu nuci mi się Grechuta... ale nie, nie będzie o przyjaźniach czy kochaniach, nie będzie o gruszkach na wierzbie. Będzie na poważnie dziś. Z pytaniem, może retorycznym, na początek:
Czy niepewność, to wstrętne uczucie, którego nikt nie lubi, uczucie bycia na jakiejś huśtawce, niepewność czy dla kogoś jesteśmy ważni czy ot tak średnio czy wcale - więc czy ta właśnie niepewność wynika z niskiej samooceny, czy może z "pola popisu" nazwijmy to umownie, tej drugiej osoby?
Chodzi mi to po głowie i wciąż zastanawiam się, czy to ja tak to buduję, czy to świat buduje się dookoła mnie. I nie wiem. A może obydwie opcje. A może jeszcze jakaś inna.

Niepewność bywa jednak czasem nakarmiona. Wynagrodzona spokojem i relaksem. Takim relaksem, jakiego właściwie nie umiem zastosować na codzień. A może tylko mi się tak wydaje.

Tak czy siak, mam nastrój na piosenkę, o taką:


Tuesday, June 12, 2012

ZE ZŁOŚCI

Kochałabym cię (psiakrew, cholera!),
gdyby nie ta niepewność,
gdyby nie to, że serce zżera
złość, tęsknota i rzewność.

Byłabymwierna jak ten pies Burek,
chętnie sypiałabym na słomiance,
ale ty masz taką naturę,
że nie życzę żadnej kochance,

Kochałabym cię (sto tysięcy diabłów!),
kochałabym (niech jasna krew zaleje!),
ale na mnie coś takiego spadło,
że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

z fotografią, jak kto głupi, się witam,
z fotografią (psiakrew!) się liczę,
pójdę spać i nie zasnę przed świtem,
póki z grzechów się jej nie wyliczę,

a te grzechy (psiakrew!) malutkie,
więc (cholera!) złości się grzesznik:
że na przykład, wczoraj piłam wódkę
lub że pani Iks - niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierna,
taki, co to "ślady po stopach"?...
Mój miły, minął październik,
mój miły (psiakrew!), mija listopad.

Mój miły, całe życie mija...
Miły! miły! - powtarzam ze szlochem...
To mi życie daje, to zabija,
że ja ciągle (psiakrew) ciebie ---

/przerobiony Broniewski/

Sunday, June 10, 2012

Głupi detoks

Nie cierpię detoksu. Cokolwiek nie zrobię, nie zjem, nie wypiję, czuję się jak na kacu, głodzie i w stanie grypy jednocześnie. A w pomieszaniu z centrowaniem na kole 3 kilogramów czerwonej gliny (wyzwanie talerzowe) wyszło podwojenie ogólnych efektów. Jakkolwiek uśmiech B. zasłonił wszystkie efekty i symptomy, słabości i te inne. Tęskniłam za jego zielonymi oczami.

I co teraz zrobić ze sobą. Tyle pracy, tyle planów, chęci różowych, nawet rower pałęta się gdzieś po głowie, a sił zero i piorunujący ból żołądka rozkłada mnie w istocie na łopatki.
Ale tak właśnie się płaci za złamanie diety.

Niezwykle ciekawe doświadczenie życiowe za mną. Strzelanie z prawdziwego najprawdziwszego pistoletu. 30 razy. Wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

A rosyjskie klimaty trochę mnie konfiuzują. Czy coś przegapiłam? Czy coś się zmieniło? Czy jednak nie powinnam się czuć równouprawniona i zostawić pewne decyzje po drugiej stronie?
Nie wiem. Jest mi głupio. Bardzo głupio. Ale przecież i tak w to nie bardzo wierzę, i tak mi w zasadzie nie zależy, więc nie ma sensu się przejmować czy zastanawiać. Lepiej wezmę się za oliwienie roweru.

A na koniec jeden z moich ulubionych. Bo tak bardzo moich?


To moje
dusza wiatr drzewo
to moje
zielone kałuże oceanów
Wyciągam ręce:
chodźcie do mnie
drzewa koty wiatry
kałuże
chodźcie moje
okna dusze zwierzęta
no

A czyja jestem ja
gdzie pójdę



Friday, June 8, 2012

MORZE

Tęsknię za snem gęsim
za smyczkiem dłoni Pana Boga
którym rysuję
struny zeszytów
tęsknię.
Za wiatrem ciepła tęsknię
słonkiem odpoczynku
Oczami na radosny ranek
zamiast poniedziałku
Poniedziełek
jest nagle pretensjonalnie uparcie
wścieczonym o nieee

Tęsknię.
Za Małyszem w kieszeni
piórem za uchem
uśmiechem
zwyczajnym spokojnym uśmiechem

I za morzem tęsknię.
Czasu.

Wednesday, June 6, 2012

JetLag

Powieki lekko zsuwaja mi się na oczy, senność, acz delikatna, przytula mnie lekko ale nie chce mnie porwać w czeluście łóżkowe. I ta nieśmiałość podoba mi się i bawi mnie. Ranki o 6 godzinie, kawa prawie niepotrzebna wtedy a kiedy indziej - tak właśnie mniej więcej przechodzę mój jetlag bardzo umiarkowany.

Trzy tygodnie w Polsce oderwały mnie gdzieś, porwały w zupełnie inną rzeczywistość. Przez trzy tygodnie w Polsce czułam się jak za dawnych chyba czasów. Choć tymczasowość codzienna nie dawała mi spokoju. Jakie to głupie, nie umiem w ogóle przeżywać wakacji, relaksować się zwyczajnie. Czuję się dziwnie i jakby we śnie oderwana od codzienności. I zastanawiam się, czy to tylko ja, czy ludzie tak ogólnie się czują na wakacjach.

Szkoda, że nie można połączyć dwóch drogich światów. Wybory zyciowe są naprawdę nie fair.

Tymczasem w powietrzu małe i duże wzloty. I włosy rozwiane, i myśli rozwiane. Za bardzo, za mocno, za daleko. Chcę je uspokoić, ale czy się da? I czy tak naprawdę chcę? Celuję w pięć srok na raz i pewnie jak zwykle z żadnej nic nie wyjdzie, ale przynajmniej sobie poceluję. Przynajmniej kiedy wreszcie wygrzebię się z tego jetlagu, bo właśnie moja buzia otwiera się na rozmiar słonia albo hichopotama.

Tęsknię. Czy można tęsknić zanim się kogoś zna? Tak, można, robiłam to już nie raz. To nie prawdziwa tęsknota, tylko taka wymyślona, Poświatowskiejska, ta co się lubi wspinać po poręczy uśmiechu i tak dalej... ale co tam. Ważne, że właśnie tak cudnie miła i aksamitna...

A teraz już pora na dobranoc bo w moim organiźmie trzecia w nocy... i na nic tłumaczenia, że tak naprawdę jest dopiero 8...

Wednesday, May 9, 2012

The final count down

Odliczanie na ostatnim etapie. Aż lekkie drżenie przypałętuje mi się od czasu do czasu gdzies poniekąd nieopodal. Pakuje w głowie walizki, które dopiero zamierzam kupić, myślę, gdzie to a gdzie tamto i co będe robić w samolocie. Milion książek na liście, tylko kasy brak na koncie haha. Ale to nic.

Niestety pogoda nie zapowiada się pozytywnie. No ale to już chyba nromalne w Polandii, że deszczowo i pochmurno. Cóż, posiedze w domu, poobijam się o ściany, pomaluję fortepiany...

W głowie mnóstwo planów na po. Czy to już reinkarnacja popodróżna na zaledwie myśl o odpocznku? Czy ja poprostu nie umiem się poprostu wyłączyć i cały czas muszę nakręcać, planować, kombinować. Próbuję się uspokoić, ostudzić, przenieść myśli, plany i odpowiedzielności na po, ale ciężko. Najciężej z marzeniami o grillach i tych innych. Nieprzytomne.

I gdyby tylko to gardlo zechciało mnie łaskawie nie boleć! Zupełnie nie rozumiem, jak można się tak panoszyć, co za idiotyczny wirus! Jakiś spisek dosłownie, kompletny i nieopanowany.

Hm, w zasadzie, jak tak się nad tym zastanowię, to więcej planów mam na po niż na wakacje. Czy ja jestem normalna. Nie wstawiam pytajnika, bo naturalnie wszyscy znamy odpowiedź.


Tuesday, May 1, 2012

Dynia Pustynia

Znów jestem zmęczona. Nie wiem, czy to jeszcze wciąż choroba, bo tak na prawdę nigdy nie odzyskałam energii od zeszłej soboty (tej 9 dni temu), czy to drożdżak wstrętniak wrócił i skręca mnie swoją paskudnością. W istocie czuję się dość po staremu, zupełnie jak przed dietą. Czasami naprawdę mam wrażenie, że nigdy nie wytępnię tej bestii.
Tymczasem antybiotyku jeszcze na kilka dni i całe szczęście bo węzełki chłonne obudziły mnie dziś świnkowym uczuciem i zastanawiam się, czy w dzisiejszych czasach z tą całą powtarzalnością chorób neipowtarzalnych, z uczulonością na wszystko co możliwe, więc czy przy tym wszystkim teraz można mieć świnke dwa razy w życiu?

No ale koneic tych narzekań zdrowotnych już, pora zmusić się do jakiejś pracy, dorzucić ognia do kaganka oświaty i zabrać się za ten niezwykle trudny i zniechęcony eksperyment, do którego nie moge się zabrać od samego początku...

A dlaczego dynia? Bo nic jakos u mnie ostatnio prócz pestek jakichś wyplutych gdzieś. Aż przypomina mi sie Mumiowe jedzenie arbuza.
I nie wiem dlaczego, bo przecież gdzieś tam za rogiem jest jednak namiastka G. No ale to taki ersatz. Czy to ogólne wyprucie jakieś, czy sama nie wiem o co chodzi, że tak jest pusto mi jakoś i echowo.


...muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi, a jutro znowu pójdziemy nad rzekę...