Wednesday, April 11, 2012

Ciężarówki do góry nogami

Ten tydzień opiewa w dziwne ciężarówki - takie z kołami do góry nogami, kręcące się z czymś ciecznym w środku. Spotykam ich na drogach wyjątkowo dużo i naturalnie fascynują mnie ogromnie. Cuda. Eh, zobaczyć, jak coś takiego działa, przewraca koła do dołu nogami i te inne czynności, które ma za zadanie wykonywać.
Czy damska fascynacja ciężarówkami jest normalna?

A tu zdjęcie, a co:


\

Nie prawdaż, że piękna?
Przy okazji widać odrobinę mojej trasy z collegu zakukurydzianego. I słońce piękne znów dziś. Ale ileż znaczy słońce w obliczu cudów ludzkich rąk:)

Może powinnam była zostać inzynierem. Nie fizykiem jądrowym, ale inżynierem. Inżynierką?A tak, muszę tylko szukać cały czas jakiegoś inżyniera i zupełnie kiepsko mi to wychodzi. Więc moja fascunacja ciężarówkami wciąż narazie musi pozostać fascynacją nieznanym.

Monday, April 9, 2012

Za każdym zbliżeniem większa tęsknota

Ciągle nie mogę się nadziwić, jak to jest z tym podchodzeniem za blisko. I ze skutkami podchodzenia za blisko. Z wąchaniem stokrotek i tęsknieniem za nimi tak bardzo bardziej. Dlaczego to takie normalne i codzienne i wszystkim tak dobrze doskonale znane. No.

A bez zapachniuje mi się jak szalony. I przypomina się Wronionka i jej bzy tak pięknie pachnące... Jak śmiesznie wracamy do korzeni bez przerwy. Jako mała rusałka nie znosiłam zapachu bzu, a wyjątkowo mocno odrażał mnie jaśmin. Teraz nad zerwanym bzem skaczę jak mała rusłka z radości i zawąchuje się w nim przez cały dzień, a jaśmin... a jaśmin to główny i dość w zasadzie jedyny składnik moich od dawna ulubionych jaśminowych perfum... No i będzie mój tata miał rację i dojdzie jeszcze do tego, że zasadzę swoje truskawki...


Saturday, April 7, 2012

Ucieczki i sny

Więc uciekłam. Chciałam uciec, szukałam wymówki, znalazłam. Co prawda po drodze nabrałam ochoty na uczestnictwo w przedstawieniu, bo tak trochę to jednak chyba to przedstawienie lubię, tych ludzi, przynajmniej gospodarzy. Ale świadomość uczestnictwa pojedynczego wśród samych podwójnych egzemplarzy boli zbyt mocno. Ale trudno to zrozumieć temu, kto nie był w takiej sytuacji chociaż pięć razy. I nagle znalazłam drugi egzemplarz, dopełnienie, ten brakujący element, który zmieniałby tak wiele.

Ale dopełnienie mimo podchodów i delikatnych próśb nie zostało zaproszone. Może nie jestem znaczącym elementem w układance, jeśli jestem dopełniona, może tylko jako samotna oferma mam tam miejsce bytu.

Trudno. Co robić.

Na polu słońce. Świeci od rana bezustannie, choć smutki pałętają się po świecie. Na to słońce tu zawsze można liczyć. Obejrzałam ostatni odcinek Skrzydeł, gdzie wreszcie się prawie wszystkim jakoś udaje i wreszcie doświadczyłam katharis. To doprawdy nieludzkie kazać człowiekowi czekać na katharsis 8 długich sezonów. No ale na szczęście przyszło. I od razu tak miło. Może jednak potrzebujemy tych happy endów.

A dziś przemiły przeuroczy sen. Niezwykle niemożliwy, ale czuł się pięknie w śnie. A. zapodziany gdzieś u mnie, czarujący dokładnie w taki sposób, w jaki facet ma być czarujący. I zastanawiam się skąd mi się w zasadzie wzięło myślenie o A. I po co. Przecież i tak nic w związku z tym.

A teraz pora wziąć się do pracy, poukładać listy i kartki, powypełniać formularze. Czy to przez Skrzydła czy ostatnie wydarzenia nie mogę się nagle pozbyc wrażenia zbliżającego się jakiegoś wielkiego przełomu. I sama nie wiem, co się dzieje, czy to tak rzeczywiście, czy tylko mi się wydaje.

Ale to nic. Świat jest, przecież, tylko ucieczką przed ucieczką, tak, żebyśmy znaleźli się dokładnie w tym miejscu, w którym być mamy.




Monday, April 2, 2012

A właśnie, że mi się uda!

M. przedstawiła mi wczoraj całą listę straszydeł nowo-domowych. Rysuję je sobie na lustrze zaparowanym i zastanawiam się nad moim motykowym podejściem - nigdy nie zmądrzeję. Zawsze już będę wędrować z motyką na słońce i nikt mnei nie powstrzyma. Ani Mazurowa, ani bieda, ani strachy na lachy.

A dziś miłe yay. I znów ta myśl aksamitna. Czyżby? Nieeee. Niemożliwe. Wiem, nie potrafię wyłączyć K., już nigdy nie będę potrafić. (Tak na marginesie tęsknię za nim.) I sama nie wiem, dlaczego z K. ta sytuacja, prawie przecież nieistniejąca, mi sie kojarzy. Muszę to sobie jakoś wyjaśnić, wytłumaczyć, rozwikłać. Muszę sobie przegadać, że przecież jak coś, jak nic. I że to w ogóle idiotyczny pomysł i cofam się już stanowczo za daleko. O mały włos zapomniałam, ile to czyżby ma życia...

A jednak miło jest pomyśleć, przeczytać yay aksamitne, zastanowić się na chwil parę. Miło.

Głód po troszę najedzony. Przez T. i G. nakarmiłam się pychą mienia wyboru. Mienia, przede wszystkim. Co prawda T. coś kiepsko sie ma, może dlatego, że bardziej chodzi mi po głowie, a G. praktycznie prawie jest, więc łatwo odrzucić, ale jednak wybór jest i naturalnie zostanie wybrany negatywnie. Ach, jak cudownie.

Układam dywany na drewnianych podłogach, zakładam firanki w motyle. Takie jak te na kalwaryjskiej. Tyle, że już nigdy samotne w miłości. Rozpalam kominek. Nie wiem, gdzie upolować skórę niedźwiedzią, ale coś kiedyś wymyślę. W najgorszym razie wybiorę się do wymarzonej Alaski i skóra się znajdzie. Wieszam anioły U. na ścianach, piję kawę na werandzie i przypominam sobie ten głupi dowcip za każdym razem, gdy myślę o słowie "weranda". I czytam na głos poezję i niemieckie książki.

Tak, tak właśnie, już niedługo. Z motyką, o której nagle też myślę z rozrzewnieniem, z kotem plątającym się miedzy nogami i tym zniewalającym oddechem

wolności.