Więc dziś urzędowo i oficjalnie postanawiam nie dawać się więcej wykorzystywać. Bo ileż można. Od dziś olewam szkołę, przestaje stawać na rzęsach w celu przygotowywania pięciu tysięcy innych sposobów dla tych, którzy mają to wszystko w nosie i przez trzy miesiące nie potrafią nauczyć się dwudziestu słów. Przestaję służyć pomocą tym wszystkim biednym, którym się poprostu nie chce usiąść nad sprawą i się troche pouczyć. Koniec jeżdżenia po kafejkach czy siedzenia w głodzie 5 extra godzin na uczelni z tymi, którzy nawet nie wysilą się dwa centymetry, żeby się czegoś nauczyć, a tylko potrafią narzekać, jak to płacą za zajęcia to powinni mieć wlane do głowy wszystko.
Koniec. Finito. The End.
Wednesday, March 14, 2012
Tuesday, March 13, 2012
I będzie grill
A od kilku dni marzę bez przerwy. O małym białym (albo może popielatym). I rozmarzam się na całego i na wszystkie strony. i choć chmura chorości wisi nad oczami, to nic mi to, bo marzenia wieją mi w skrzydła, jak wiatr w downtown. I nie mogę się już doczekać. I pomyśleć, że jeszcze niedawno, siedząc na werandzie u Moniki, z bólem myślałam o tym marzeniu, które wydawało mi się absolutnie niemożliwe. A teraz - wypełnia mnie po brzegi.
I planuję i marzę. Co będzie, gdzie będzie. I gdzie będzie stało. I właśnie zdałam sobie sprawę, że i grill byc musi. Taki prawdziwy, prawdziwski grill, na którym będę ciągle robić speciały bez zważania na komplikacje. I nawet nauczę się robić steaków, a co.
Nagle zaświeciło mi się jakieś światło, jakieś poukładanie, wiosna?
A dziś jakże przyjemny sen. O starym przyjacielu, którego nigdy w życiu nie widziałam. Tak, to jeszcze ten jeden department, w którym zdał by się jakiś remont. Ale narazie go zostawię, odłożę na później. I jak już poukładam całą resztę, zabiorę się i za ten department.
A narazie praca owocna i gonienie tego wiatru. Tak, tak właśnie. Tak, jak przepowiedziała moja ulubiona nauczycielka niemieckiego Mazurowa, wyjechałam rzeczywiście na księżyc. I tu mieszkam. A motyką wymachuje w powietrzu i zaganiam do siebie fruwające gwiazdy z nieba.
I planuję i marzę. Co będzie, gdzie będzie. I gdzie będzie stało. I właśnie zdałam sobie sprawę, że i grill byc musi. Taki prawdziwy, prawdziwski grill, na którym będę ciągle robić speciały bez zważania na komplikacje. I nawet nauczę się robić steaków, a co.
Nagle zaświeciło mi się jakieś światło, jakieś poukładanie, wiosna?
A dziś jakże przyjemny sen. O starym przyjacielu, którego nigdy w życiu nie widziałam. Tak, to jeszcze ten jeden department, w którym zdał by się jakiś remont. Ale narazie go zostawię, odłożę na później. I jak już poukładam całą resztę, zabiorę się i za ten department.
A narazie praca owocna i gonienie tego wiatru. Tak, tak właśnie. Tak, jak przepowiedziała moja ulubiona nauczycielka niemieckiego Mazurowa, wyjechałam rzeczywiście na księżyc. I tu mieszkam. A motyką wymachuje w powietrzu i zaganiam do siebie fruwające gwiazdy z nieba.
Tuesday, March 6, 2012
Opadjącę Ręcę
Tak, tak właśnie znów opałętuje mnie to uczcie opadających rąk. Do tego stopnia, że nie potrafię napisać tego wyrażenia bez dodatkowych ę-ów. Masakra. Paranoja. Ból głowy permanentny. Myśli mościaste. Tak, tak właśnie czuję się na progu sprawdzania kolejnych testów. Czy oni naprawdę się nie wstydzą robić czegoś takiego?? Seriously?
I zastanawiam się nad ogólnym fenomenem opadania rąk. Ostatnio mam z tym do czynienia w wielu dziedzinach życiowych, choć czy tylko ostatnio? Czy może tylko ostatnio dopiero się nad tym zastanowiłam?
Po pierwsze moje przemeblowywanie. I nieumiejętność pozbycia się zielonej kanapy. Wymyślenie sobie przemieszczenia wspomnianej do sypialni zgodnie z myślą wydawającą się, że tam będzie wyglądać lepiej i ukryciej - spełzła na obitej ścianie i niemal odartej kanapie. Szerokość "korytarza" w drodze z dużego pokoju do sypialni przerosła moje oczekiwania. Czy raczej, skurczyła moje oczekiwania. Za wąsko. Ni huhu. Chciałam postawić kanapę na nogi, a w zasadzie na ramieniu, ale właśnie ściana stanęła kontrą i nie puściła. Próby postawienia na ramieniu kanapy nieco dalej od ściany powiodła się co prawda, ale brakło mi pomysłu na przetransportowanie jej w stojącej pozycji w dalsze czeluści mojego królestwa. I tym sposobem zieloność wylądowała centralnie w dużym pokoju. Nie jak przedtem - ukryta za regałem oddzielającym "biuro" od "salonu", a ukazana każdemu, kto w me progi wkroczy swą zielonością i czarem marem. Ale co mi tam, i tak nie znoszę popielacizny skórzanej do siedzenia (brak ramion zupełnie wyklucza moje ulubione pozycje relaksu kanapowego) więc w tej choć kwestii zieloność zda się bardziej.
Regał wciąż nie miał odwagi się ruszyć dziś. Może pojutrze, może w następną przerwę wakacyjną, ale dziś niestety nie wyszło. ot za szybko gotuję te obiady nowoczesne, w czasie których zbiera mnei na przemeblowywania.
I znów opadły mi właśnie ręcę no bo zupełnie nie wiem jak do tego teraz podejść. To znaczy do tych regałów. Bo do kanapy podeszłam no i widać proszę bardzo jak to się skończyło.
Drugie opadanie rąk ma się z moimi studentami. Jeszcze z czyms po dordze, ale właśnie już zapomniałam, więc przejdę do istocyzmu.
Nie mam siły. Oni nic się nie uczą. Przychodzą na test nie umiejąc dwóch słów po niemiecku. Gdzie zrobiłam błąd? I jak to zaadresować: dać same pały czy zalicznie i niech sobie radzą dalej. Głupie uczenie gramatyki na nic. I tak nie pamiętają. Słownictwo mogę im tłuc do łbów sto pięćdziesiąt razy i dalej to samo. Puuuuuuuuuustkaaaaaa. Wieje tam, że hu hu.
I no właśnie nic, tylko opadałnie rąkł.
Niech mnie ktoś uratuje. Wyrwie, porwie, ocali. Niech. Bo inaczej to ja zwariuję. Wypiję tak dużo chucka jabłkowego tajemnego napoju, że już nic ze mnie nie zostanie.
I chciałabym to zmienić. Naprawdę. Pragnę to zmienić, bo nie daje mi to spokoju. Ale zastosować naszej Lewisowej metody nie mogę. Bo nie nauczę ich gramatyki i mnie zlinczują w zarządzie prądzie. Może częściowo? Ale jak częściowo. Jak mogę z nimi powtarzać ciągle bez pisania nowego podręcznika i bez wykorzystywania tego czasu na naukę teorii gramatycznej. No jak.
I czy warto w ogóle cokolwiek wymyślać, skoro chcę już odejść stamtąd i nei ma sensu przewracać tego pokoju do góry nogami.
No właśnie. Nie ma sensu, nie ma jak.
I tylko teraz jak kontynuować w tym chaosie i zbierać bez wrażeń na atak serca i bezręcie....
I zastanawiam się nad ogólnym fenomenem opadania rąk. Ostatnio mam z tym do czynienia w wielu dziedzinach życiowych, choć czy tylko ostatnio? Czy może tylko ostatnio dopiero się nad tym zastanowiłam?
Po pierwsze moje przemeblowywanie. I nieumiejętność pozbycia się zielonej kanapy. Wymyślenie sobie przemieszczenia wspomnianej do sypialni zgodnie z myślą wydawającą się, że tam będzie wyglądać lepiej i ukryciej - spełzła na obitej ścianie i niemal odartej kanapie. Szerokość "korytarza" w drodze z dużego pokoju do sypialni przerosła moje oczekiwania. Czy raczej, skurczyła moje oczekiwania. Za wąsko. Ni huhu. Chciałam postawić kanapę na nogi, a w zasadzie na ramieniu, ale właśnie ściana stanęła kontrą i nie puściła. Próby postawienia na ramieniu kanapy nieco dalej od ściany powiodła się co prawda, ale brakło mi pomysłu na przetransportowanie jej w stojącej pozycji w dalsze czeluści mojego królestwa. I tym sposobem zieloność wylądowała centralnie w dużym pokoju. Nie jak przedtem - ukryta za regałem oddzielającym "biuro" od "salonu", a ukazana każdemu, kto w me progi wkroczy swą zielonością i czarem marem. Ale co mi tam, i tak nie znoszę popielacizny skórzanej do siedzenia (brak ramion zupełnie wyklucza moje ulubione pozycje relaksu kanapowego) więc w tej choć kwestii zieloność zda się bardziej.
Regał wciąż nie miał odwagi się ruszyć dziś. Może pojutrze, może w następną przerwę wakacyjną, ale dziś niestety nie wyszło. ot za szybko gotuję te obiady nowoczesne, w czasie których zbiera mnei na przemeblowywania.
I znów opadły mi właśnie ręcę no bo zupełnie nie wiem jak do tego teraz podejść. To znaczy do tych regałów. Bo do kanapy podeszłam no i widać proszę bardzo jak to się skończyło.
Drugie opadanie rąk ma się z moimi studentami. Jeszcze z czyms po dordze, ale właśnie już zapomniałam, więc przejdę do istocyzmu.
Nie mam siły. Oni nic się nie uczą. Przychodzą na test nie umiejąc dwóch słów po niemiecku. Gdzie zrobiłam błąd? I jak to zaadresować: dać same pały czy zalicznie i niech sobie radzą dalej. Głupie uczenie gramatyki na nic. I tak nie pamiętają. Słownictwo mogę im tłuc do łbów sto pięćdziesiąt razy i dalej to samo. Puuuuuuuuuustkaaaaaa. Wieje tam, że hu hu.
I no właśnie nic, tylko opadałnie rąkł.
Niech mnie ktoś uratuje. Wyrwie, porwie, ocali. Niech. Bo inaczej to ja zwariuję. Wypiję tak dużo chucka jabłkowego tajemnego napoju, że już nic ze mnie nie zostanie.
I chciałabym to zmienić. Naprawdę. Pragnę to zmienić, bo nie daje mi to spokoju. Ale zastosować naszej Lewisowej metody nie mogę. Bo nie nauczę ich gramatyki i mnie zlinczują w zarządzie prądzie. Może częściowo? Ale jak częściowo. Jak mogę z nimi powtarzać ciągle bez pisania nowego podręcznika i bez wykorzystywania tego czasu na naukę teorii gramatycznej. No jak.
I czy warto w ogóle cokolwiek wymyślać, skoro chcę już odejść stamtąd i nei ma sensu przewracać tego pokoju do góry nogami.
No właśnie. Nie ma sensu, nie ma jak.
I tylko teraz jak kontynuować w tym chaosie i zbierać bez wrażeń na atak serca i bezręcie....
Friday, March 2, 2012
...ale dlaczego tak boli tak boli...
Czasami aż nie mogę uwierzyć, jak trudno, mimo tak wielu lat i przypadków praktyki nieustannej, jak bardzo trudno wyperswadować sobie uczucia. Jak strasznie trudno powiedzieć sobie: nie czuj, głupia, skończ z tymi pierdołami, wyłącz to w końcu. Samej przed soba jest mi tak wstyd, że zależało mi tak bardzo. I nawet o tym nie wiedziałam. I jak to się stało, że poprostu przegapiłam, zagapiłam się, zlekceważyłam. Wmówiłam sobie, że nic nie ma i nagle właśnie okazało się, że jest?
Czy to tylko deszcz. Ale czy deszcz może tak boleć. Czy taka pierdoła może tak boleć. Przecież to niemożliwe, jak dziś usłyszałam, czuć coś tak silnego tak ciągle. No normalnie co tydzień pojawiają mi się nowe statki na niebie i szaleje za nimi. Doprawdy mogłabym już zmądrzeć. Tyle lat. Trwałej, niustającej głupoty. Tyle lat.
Pajęczyna się zrobiła dookoła głowy. I na balkonie rower mi zardzewiał. I co ja teraz zrobię. Co zrobię z poranioną dziurą po sercu. Co zrobię z tym żalem urywającym mi szyję. Z racją Rilkiego... No co zrobię.
...chyba już nic nie napiszę,
w dławiącą i mroczną ciszę
wchodzę powoli...
Ja nie chcę wiele....
wystarczy mi zieleń. Musi. A Ty, proszę, bardzo bardzo proszę, poprostu zniknij.
Czy to tylko deszcz. Ale czy deszcz może tak boleć. Czy taka pierdoła może tak boleć. Przecież to niemożliwe, jak dziś usłyszałam, czuć coś tak silnego tak ciągle. No normalnie co tydzień pojawiają mi się nowe statki na niebie i szaleje za nimi. Doprawdy mogłabym już zmądrzeć. Tyle lat. Trwałej, niustającej głupoty. Tyle lat.
Pajęczyna się zrobiła dookoła głowy. I na balkonie rower mi zardzewiał. I co ja teraz zrobię. Co zrobię z poranioną dziurą po sercu. Co zrobię z tym żalem urywającym mi szyję. Z racją Rilkiego... No co zrobię.
...chyba już nic nie napiszę,
w dławiącą i mroczną ciszę
wchodzę powoli...
Ja nie chcę wiele....
wystarczy mi zieleń. Musi. A Ty, proszę, bardzo bardzo proszę, poprostu zniknij.
Wednesday, February 29, 2012
Chciałem ci kiedyś o wieczorze,
kiedy na niebie księżyc lśnił
rzec, że me serce
boże boże!
bez ciebie istnieć, żyć nie może.
Nie miałem sił...
Podasz mi kiedyś w pożegnaniu
najpłomienniejszą z twoich róż -
rzecz o tajemnym twym kochaniu,
gdy mówić będzie mi w rozstaniu:
za późno już...
/Staff/
kiedy na niebie księżyc lśnił
rzec, że me serce
boże boże!
bez ciebie istnieć, żyć nie może.
Nie miałem sił...
Podasz mi kiedyś w pożegnaniu
najpłomienniejszą z twoich róż -
rzecz o tajemnym twym kochaniu,
gdy mówić będzie mi w rozstaniu:
za późno już...
/Staff/
Thursday, February 23, 2012
A jeżeli nic, a jeżeli nie?
Trułem ja się myślą złudną,
tobą jasną, tobą cudną
i zatruty snię.
Bo jeżeli nie -
no to.. trudno.
A jeżeli coś, a jeżeli tak?
Rozgołębią mi się zorze,
ogniem cały świat zagorze
i zielony mak.
Bo jeżeli tak, no to...
Boże!
/Tuwim/
A tak w sumie sama nie wiem, dlaczego i skąd to to wierszydło... Tak się jakos przypałętało i sama nie wiem, po co i dlaczego. No ale, jak to mawiała kiedyś moja siostra, "dzień bez Leśmiana to dzień stracony" - zamienię chwilowo Leśmiana na Tuwima:)
Na polu śnieg. Z deszczem. A może deszcz, nie jestem pewna. Dzwoni o rynny, stuka szpilkami i zabłyszcza parking. A ja znów
marzę o domu.
To pewnie zupełnie nierealne i niemożliwe. Taki dom na kółkach. Ale nie mogę przestać o nim myśleć. I dopóki któs nie wyperswaduje mi pięknie, że takie rzeczy nie są możliwe dla takich błędziarzy jak ja, to będę marzyć bez końca.
Tak, jak o niektórych innych jeszcze zjawiskach.
Jestem taka zmęczona, powinnam poprostu położyć się wcześnie spać i zamknąć dzisiejszy stres. Zastanawiam się, jak to jest, że przy niektórych ludziach tak łatwo się o sobie opowiada, a przy niektórych tak dziwnie, odrazu reakcja jest nie ta. Czy to jakaś pozytywna chemia, czy podobne życia, czy o co chodzi. Czy to poprostu to, że to ten gruszek na wierzbie, ten uśmiech na choince, te oczy zaczarowane.
Ja nie chcę wiele,
Ciebie i zieleń
i żeby wiatr kołysał gałęzie drzew
i żebym wiersze pisał o tym, że
każdy nerw
każda chwila samotna
każdy ból, jakże częsty jak częsty
zwiastuje otchłań
mówi: nieszczęsny.
Ja nie chcę wiele,
ale nie mniej niż wszystko.
Ciebie i zieleń
i żeby listkom
akacji było wietrznie
i żeby sercu
bezpiecznie
żeby kot sie bawił firanką
jak umie
żeby siedzieć na arlingtońskim ganku
i nic nie rozumieć.
Pętacki wiersz,
sam wiesz, że łżesz
ale dlaczego tak boli, tak boli
chyba już nic nie napiszę
w dręczącą i głuchą ciszę
wchodzę powoli...
Ja nie chcę wiele:
Ciebie i zieleń...
/Broniewski/
tobą jasną, tobą cudną
i zatruty snię.
Bo jeżeli nie -
no to.. trudno.
A jeżeli coś, a jeżeli tak?
Rozgołębią mi się zorze,
ogniem cały świat zagorze
i zielony mak.
Bo jeżeli tak, no to...
Boże!
/Tuwim/
A tak w sumie sama nie wiem, dlaczego i skąd to to wierszydło... Tak się jakos przypałętało i sama nie wiem, po co i dlaczego. No ale, jak to mawiała kiedyś moja siostra, "dzień bez Leśmiana to dzień stracony" - zamienię chwilowo Leśmiana na Tuwima:)
Na polu śnieg. Z deszczem. A może deszcz, nie jestem pewna. Dzwoni o rynny, stuka szpilkami i zabłyszcza parking. A ja znów
marzę o domu.
To pewnie zupełnie nierealne i niemożliwe. Taki dom na kółkach. Ale nie mogę przestać o nim myśleć. I dopóki któs nie wyperswaduje mi pięknie, że takie rzeczy nie są możliwe dla takich błędziarzy jak ja, to będę marzyć bez końca.
Tak, jak o niektórych innych jeszcze zjawiskach.
Jestem taka zmęczona, powinnam poprostu położyć się wcześnie spać i zamknąć dzisiejszy stres. Zastanawiam się, jak to jest, że przy niektórych ludziach tak łatwo się o sobie opowiada, a przy niektórych tak dziwnie, odrazu reakcja jest nie ta. Czy to jakaś pozytywna chemia, czy podobne życia, czy o co chodzi. Czy to poprostu to, że to ten gruszek na wierzbie, ten uśmiech na choince, te oczy zaczarowane.
Ja nie chcę wiele,
Ciebie i zieleń
i żeby wiatr kołysał gałęzie drzew
i żebym wiersze pisał o tym, że
każdy nerw
każda chwila samotna
każdy ból, jakże częsty jak częsty
zwiastuje otchłań
mówi: nieszczęsny.
Ja nie chcę wiele,
ale nie mniej niż wszystko.
Ciebie i zieleń
i żeby listkom
akacji było wietrznie
i żeby sercu
bezpiecznie
żeby kot sie bawił firanką
jak umie
żeby siedzieć na arlingtońskim ganku
i nic nie rozumieć.
Pętacki wiersz,
sam wiesz, że łżesz
ale dlaczego tak boli, tak boli
chyba już nic nie napiszę
w dręczącą i głuchą ciszę
wchodzę powoli...
Ja nie chcę wiele:
Ciebie i zieleń...
/Broniewski/
Monday, February 20, 2012
Czekanie
Kiedyś pisałam o tym wiersze. Bardzo kiepskie zresztą. Teraz tylko myślę przesuwam kontenpluję. Pluję. Zastanawiam się, jak to jest rzeczywiście
z tym czekaniem na "życie właściwe".
Ostatni odcinek "Private Practice" zaniepokoił moje stare dobre czekanie. No bo co, jeśli rzeczywiście tak jest? Jeśli rzeczywiście faktycznie na serio nie ma niczego już tam gdzieś za horyzontem, jeśli wszystko czym jest życie mamy tu i teraz i naprawdę, ale to naprawdę nie ma sensu czkeać na coś lepszego? Zawsze wydawało mi się, że jestem gdzieś nie na miejscu, albo przynajmniej nie do końca. Że niedługo, gdy tylko zrobię jeszcze to i tamto i trochę tamtamtego, to wreszcie będzie tak, jak miało być. To wreszcie to i tamto się uspokoi, to wreszcie ukoję mój głód, to wreszcie...
No właśnie co wreszcie. Może to właśnie dlatego jesteśmy tak skonstruowani, by nigdy nie być zadowolonym, usatysfakcjonowanym do końca, by nigdy nie przestać iść do przodu. Czy ta świadomość, że "jest gdzieś życie piękniejsze od wierszy" nie jest naszą jedyną motywacją, by wspinać się pod tę pochrzanioną górę?
Ale co, jeśli nie ma żadnego czubka. Jeśli czubek polega tylko na tym, że go szukamy, by w ogóle się wspinać. Jeśli ten czubek, do którego dążymy, którego pragniemy, na którego czekamy, występuje tylko i wyłącznie w wersji naszego wyobrażenia wprost proporcjonalnego do tego teraz i tu?
Jeśli tak jest, to jak się nagle odnaleźć w tym zagubieniu. Jak zadowolić tym, co jest, jednocześnie wspinając się na tę druną skałę.
Da się w ogóle?
z tym czekaniem na "życie właściwe".
Ostatni odcinek "Private Practice" zaniepokoił moje stare dobre czekanie. No bo co, jeśli rzeczywiście tak jest? Jeśli rzeczywiście faktycznie na serio nie ma niczego już tam gdzieś za horyzontem, jeśli wszystko czym jest życie mamy tu i teraz i naprawdę, ale to naprawdę nie ma sensu czkeać na coś lepszego? Zawsze wydawało mi się, że jestem gdzieś nie na miejscu, albo przynajmniej nie do końca. Że niedługo, gdy tylko zrobię jeszcze to i tamto i trochę tamtamtego, to wreszcie będzie tak, jak miało być. To wreszcie to i tamto się uspokoi, to wreszcie ukoję mój głód, to wreszcie...
No właśnie co wreszcie. Może to właśnie dlatego jesteśmy tak skonstruowani, by nigdy nie być zadowolonym, usatysfakcjonowanym do końca, by nigdy nie przestać iść do przodu. Czy ta świadomość, że "jest gdzieś życie piękniejsze od wierszy" nie jest naszą jedyną motywacją, by wspinać się pod tę pochrzanioną górę?
Ale co, jeśli nie ma żadnego czubka. Jeśli czubek polega tylko na tym, że go szukamy, by w ogóle się wspinać. Jeśli ten czubek, do którego dążymy, którego pragniemy, na którego czekamy, występuje tylko i wyłącznie w wersji naszego wyobrażenia wprost proporcjonalnego do tego teraz i tu?
Jeśli tak jest, to jak się nagle odnaleźć w tym zagubieniu. Jak zadowolić tym, co jest, jednocześnie wspinając się na tę druną skałę.
Da się w ogóle?
Subscribe to:
Posts (Atom)