rzekłoby się po amerykańsku. It's getting so old. I chce mi sie rzec w następnej chwili: przestań, skończ juz z tym.
A jednak myśli kręca mi sie w głowie i nie hccą przestac. Czuję sie jak na karuzeli, gdzie za każdym razem powtarza sie przecież ten sam schemat, gdzie za każdym razem mijam ten sam durny słup i ten sam piekny obrazek, stojące obok siebie. One nigdy sie nie zmieniają, bo i przecież stoją tam od tak dawna i robią to stanie takie same zawsze tak samo.
A jednak za każdym obrotem karuzeli, wciąż łudze się, że coś się zmieni.
I czy to to piękno, ta nadzieja, której nikt nie ma, ta wiara, w którą nikt juz nie wierzy, ten uśmiech, że ja i tak wiem swoje -
czy może raczej zwyczajny powszechny idiotyzm.
I czy nawet uswiadomienie sobie, że to to drugie, cokolwiek tu zmienia?
Nie.
Ja wciąż sie kręcę. I wciąż czuję ten niezwykły wiar we włosach. I wciąż smieję się, bo na karuzeli każdy powinien i musi i musi sie śmiać! No bo jak się nie śmiać, nie cieszyć, nie krecić...
I nie wiem, jak długo będę się tak kręcić, ale pewnie jeszcze chwilę jakąś. I nie wiem po co sie kręcę tak naprawdę.
Ale czy to ważne.
Wednesday, December 8, 2010
Saturday, December 4, 2010
I kto by pomyślał
że firanki na nowe życie
okażą się tylko pretekstem
do nowego początku starego
okażą się tylko pretekstem
do nowego początku starego
Mamo, spójrz na świat - jak z bajki cały jest
A dziś wyciągnęła mnie z zaspanego za ciepłego łóżka mała gałązka drzewa za oknem. Ale jaka gałązka! Zupełnie biała, pogrubiona 35 razy śnieżnym puchem. I odrazu niewyłażalność z ciepłego łóżeczka zmaieniła mi się w uśmiech.
Śnieg. Najprzytulniejsza rzecz na świecie, której w zasadzie nie da się przytuić, albo może nie polecane jest. Śnieg.
I lenistwo oplata w ten piękny zimowy sposób, ale i marzenia robienia mnóstwa rzeczy, podbijania całego świata.
I ja co?
I ja marzę.
A o czym?
O śnieżnej bitwie, aniołach śniegowych, bitwach obiecanych, łyżwach i gorącym winie zaraz po.
I w sumie to nawet już nie takie ważne, że to pstre mrzonki i marzonki. W sumie nawet nie.
Ważne,
że śnieg.
Śnieg. Najprzytulniejsza rzecz na świecie, której w zasadzie nie da się przytuić, albo może nie polecane jest. Śnieg.
I lenistwo oplata w ten piękny zimowy sposób, ale i marzenia robienia mnóstwa rzeczy, podbijania całego świata.
I ja co?
I ja marzę.
A o czym?
O śnieżnej bitwie, aniołach śniegowych, bitwach obiecanych, łyżwach i gorącym winie zaraz po.
I w sumie to nawet już nie takie ważne, że to pstre mrzonki i marzonki. W sumie nawet nie.
Ważne,
że śnieg.
Friday, December 3, 2010
Niektóre uczucia nigdy nie odchodzą, choćby nam się zdawało, że są zaledwie muśnięciem tęczy.
Widzę gwiazdki na niebie
któż ich nie widzi
są w młynkach do kawy
pachnące wieki
zastanawiam sie o co chodzi
od początku o miłość
Czasem aż nie mogę w to uwierzyć, jak prosto jest skonstruowane nasze życie. Ot jedna sprawa i tyle. Nie jakieś tam kariery, sławy, kasa. Yy.
Ciepło dziś u nas. Jak jesień znów. Jeden snieżek gdzies się zaplątał po drodze i znikł. Ale to tylko powierzchowność bo we mnie zasypana cała dusza. Chowa się pod ta pierzyną i udaje ciepłą przytulną zimę. Nie, nie chodzi o zimę zimorę. Yy.
Czytam Krzysia. Łaknę książek, wierszy, słów, słów, słów... Rysuję te moje, ale one takie niedoskonałe, takie zagubione, dosłowne czasem az za bardzo (no bo co zorbić, jak już wreszcie wiem), zakręcone dookoła firanek.
Firanek...
***
Więc tak to się dzieje. Ta ciemka zagubiona w żyrandolu albo karniszu - kto to wie - w końcu sie poddaje i przestaje walczyć. Rozumie wreszcie, że to i tak nie ma sensu. Zmęczyła się tym kopaniem, obrażaniem, milczeniem, wieszaniem fochów na klamkach i lodówkach zamiast magnesów... powtarzaniem sobie codziennie: i am over i am done i am over i am...
usiadła wreszcie spokojnie i przyznała się samej sobie do wszystkiego. I dała sobie spokój. I wybaczyła sobie niezapominalność i nieprzechodzoność. I zrozumiała.
I leży sobie ćma na lampie i grzeje się w jej cieple.
któż ich nie widzi
są w młynkach do kawy
pachnące wieki
zastanawiam sie o co chodzi
od początku o miłość
Czasem aż nie mogę w to uwierzyć, jak prosto jest skonstruowane nasze życie. Ot jedna sprawa i tyle. Nie jakieś tam kariery, sławy, kasa. Yy.
Ciepło dziś u nas. Jak jesień znów. Jeden snieżek gdzies się zaplątał po drodze i znikł. Ale to tylko powierzchowność bo we mnie zasypana cała dusza. Chowa się pod ta pierzyną i udaje ciepłą przytulną zimę. Nie, nie chodzi o zimę zimorę. Yy.
Czytam Krzysia. Łaknę książek, wierszy, słów, słów, słów... Rysuję te moje, ale one takie niedoskonałe, takie zagubione, dosłowne czasem az za bardzo (no bo co zorbić, jak już wreszcie wiem), zakręcone dookoła firanek.
Firanek...
***
Więc tak to się dzieje. Ta ciemka zagubiona w żyrandolu albo karniszu - kto to wie - w końcu sie poddaje i przestaje walczyć. Rozumie wreszcie, że to i tak nie ma sensu. Zmęczyła się tym kopaniem, obrażaniem, milczeniem, wieszaniem fochów na klamkach i lodówkach zamiast magnesów... powtarzaniem sobie codziennie: i am over i am done i am over i am...
usiadła wreszcie spokojnie i przyznała się samej sobie do wszystkiego. I dała sobie spokój. I wybaczyła sobie niezapominalność i nieprzechodzoność. I zrozumiała.
I leży sobie ćma na lampie i grzeje się w jej cieple.
Tuesday, October 5, 2010
Błędne Drogi
Micomicona dzielnie wykonywała zadane jej zajęcie. Nie zastanawiała się zbyt wiele nad tym, czy ma ono sens, czy to słuszne co robi i czy cel jest zgodny z jej duszą. Nie zastanawiała się nawet, kto to w ogóle wszystko wymyślił, wczuła się w rolę i marionetkowała dokładnie tak, jak jej polecono. Micomicona jednak nie wiedziała, że jest marionetką - zupełnie odwrotnie, czuła się, jakby to była jej misja, jej los.
I dopiero kiedy usłyszała Don Kichote opowiadającego jej o jaskini Monteskinosa, dopiero gdy spojrzała w jego serce i dostrzegła coś, czego w otoczce rzekomego szaleństwa nie potrafił nikt dostrzeć - olbrzymią miłość do świata - dopiero wtedy dotarło do Micomicony, że zupełnie zapomniała w tym wszystkim siebie.
Była jeszcze zbyt młoda i zbyt niedoświadczona, zbyt pochłonięta w przekonaniu, że jej celem jest przecież bycie tym, kim narzucono jej być; nie umiała zastosować swoich uczuć i nagle obudzonych prawdziwych pragnień w praktyce. Nie umiała jeszcze wypoiwiedzieć na głos swoich myśli. Bała się, że ktoś przecież zwróci jej uwagę, że się wygłupia, że nie do tego przecież jest stworzona, że sama nic nie wie i dlatego powinna słuchać "mądrych ludzi", którzy lepiej znają życie niż ona. Bała się, że rzeczywiście znają.
***
Lecz kiedy Don Kichote odszedł, wszystko się zmieniło. Micomicona jako jedyna rozumiała wiatrakowość i olbrzymiość. I nagle zrozumiała także właśnie ten fakt rozumienia.
I wtedy, właśnie wtedy, poczuła tę niezwykłą ulgę. Wolność. Wiatr w skrzydłach, o których zapomniała już że istnieją.
Bo przecież tak naprawdę zawsze wiedziała, że jest kimś innym. Że jej dusza pragnie czegoś innego niż jest jej narzucane, że może zdobywać świat, jeśli tylko wreszcie da sobie spokój z słuchaniem Panchy i całej reszty.
***
I wtedy właśnie Micomicona urodziła się na nowo.
I dopiero kiedy usłyszała Don Kichote opowiadającego jej o jaskini Monteskinosa, dopiero gdy spojrzała w jego serce i dostrzegła coś, czego w otoczce rzekomego szaleństwa nie potrafił nikt dostrzeć - olbrzymią miłość do świata - dopiero wtedy dotarło do Micomicony, że zupełnie zapomniała w tym wszystkim siebie.
Była jeszcze zbyt młoda i zbyt niedoświadczona, zbyt pochłonięta w przekonaniu, że jej celem jest przecież bycie tym, kim narzucono jej być; nie umiała zastosować swoich uczuć i nagle obudzonych prawdziwych pragnień w praktyce. Nie umiała jeszcze wypoiwiedzieć na głos swoich myśli. Bała się, że ktoś przecież zwróci jej uwagę, że się wygłupia, że nie do tego przecież jest stworzona, że sama nic nie wie i dlatego powinna słuchać "mądrych ludzi", którzy lepiej znają życie niż ona. Bała się, że rzeczywiście znają.
***
Lecz kiedy Don Kichote odszedł, wszystko się zmieniło. Micomicona jako jedyna rozumiała wiatrakowość i olbrzymiość. I nagle zrozumiała także właśnie ten fakt rozumienia.
I wtedy, właśnie wtedy, poczuła tę niezwykłą ulgę. Wolność. Wiatr w skrzydłach, o których zapomniała już że istnieją.
Bo przecież tak naprawdę zawsze wiedziała, że jest kimś innym. Że jej dusza pragnie czegoś innego niż jest jej narzucane, że może zdobywać świat, jeśli tylko wreszcie da sobie spokój z słuchaniem Panchy i całej reszty.
***
I wtedy właśnie Micomicona urodziła się na nowo.
Tuesday, September 28, 2010
Dlaczego biję sie młotkiem
"Why do I keep hitting myself with a hammer? Because it feels so good when I stop."
Dlaczego wciąż tłukę się po głowie młotkiem? Bo tak cudownie się czuję, gdy przestaję." /Grey's Anatomy/
Młotek. Może taki gumowy, ale jednak młotek. I to bicie całe życie;) Dlaczego żyję praktycznie poniekąd moim serialem? Bo jest w nim tyle mojego zycia. Tyle słów o moich słowach, tyle gestów o moich gestach.
A dziś bardzo stresujący dzień. Czasem potrafię sobie stworzyć niezwykły obraz stresu niezwykłego. Ogromnego, siągjącego wyżyn a może dolin. I może ten stres to też właśnie ten młotek, ale jego staram sie przecież tak bardzo unikać. A może wcale się bardzo nie staram. Może ściemniam.
Przerwałam nową bajkę w moim życiu dziś i trochę mi bezniej smutno. Ale przecież wcale nie chciało mi się jej nawet opowiadać, więc lepiej się zamknę i ucieszę, że udało się przerwać. Na chwilę przynajmniej, bo coś mi się nie wydaje, żeby sobie tak poprostu odeszła w zapomnienie. A jeśli sobie odejdzie to trudno, well. Może tak lepiej bo te moje bajki to za każdym razem Grimmowskie zupełnie.
8 wieczorem, moje oczy krzyczą o sen, ciało o odpoczynek, a jeszcze lekcja przede mną. Kolejny młotek.
I co?
Zbierzmy się w garść albo garści dwie i potłuczmy się jeszcze tą godzinkę. Żeby potem czuć się
tak cudownie.
Dlaczego wciąż tłukę się po głowie młotkiem? Bo tak cudownie się czuję, gdy przestaję." /Grey's Anatomy/
Młotek. Może taki gumowy, ale jednak młotek. I to bicie całe życie;) Dlaczego żyję praktycznie poniekąd moim serialem? Bo jest w nim tyle mojego zycia. Tyle słów o moich słowach, tyle gestów o moich gestach.
A dziś bardzo stresujący dzień. Czasem potrafię sobie stworzyć niezwykły obraz stresu niezwykłego. Ogromnego, siągjącego wyżyn a może dolin. I może ten stres to też właśnie ten młotek, ale jego staram sie przecież tak bardzo unikać. A może wcale się bardzo nie staram. Może ściemniam.
Przerwałam nową bajkę w moim życiu dziś i trochę mi bezniej smutno. Ale przecież wcale nie chciało mi się jej nawet opowiadać, więc lepiej się zamknę i ucieszę, że udało się przerwać. Na chwilę przynajmniej, bo coś mi się nie wydaje, żeby sobie tak poprostu odeszła w zapomnienie. A jeśli sobie odejdzie to trudno, well. Może tak lepiej bo te moje bajki to za każdym razem Grimmowskie zupełnie.
8 wieczorem, moje oczy krzyczą o sen, ciało o odpoczynek, a jeszcze lekcja przede mną. Kolejny młotek.
I co?
Zbierzmy się w garść albo garści dwie i potłuczmy się jeszcze tą godzinkę. Żeby potem czuć się
tak cudownie.
Friday, September 24, 2010
Wolność
kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem...
Więc oto jestem wolna uwolniona. Skrzydła wyjęłam parę dnie temu z szafy, trochę zakurzone, ale wciąż białe, marzące, jasne. Z piórami tak to już jest - mogą się stłamsić, skurczyć, ale gdy tylko wyciągnie się je na powietrze, wstępuje w nie zupełnie inne życie.
Radość nie jest łatwa, ale stosunkowo dostępna dla stłamszonego nadmiernym czekaniem umysłu. Trudna do uwierzenia, ale łatwa do wyskakania. I tylko zmienianie życia wydaje się trudne. Czy to może wciąż ta nieoswojona, nieuświadomiona radość? Bo czy to w ogóle możliwe? Tak stać się wolną z dnia na dzień, tak poprostu gdy zaakceptowało się już fakt, że końca nie będzie nigdy?
Jakkolwiek pierwsze kroki poczynione: firanki w drodze i nawet spodnie. Oh, jak dobrze jest mieć znów normalną (oczywiście mogłaby być większa, żeby wystarczyło na kilka drobiazgów więcej) wypłatę, gdzie zostaje jakaś 100 czy dwie na ciucha, marchewkę organiczną i spontaniczne firanki. Teraz tylko muszę skombinować wiertarkę, by powiesić cuda i zaczarować mój świat na żółto (no, brzoskwiniowo) i na niebiesko (turkus, dokładniej rzecz biorąc).
I może nawet na sypialnię też mam juz pomysł.
I co dalej?
Całe życie:))
Więc oto jestem wolna uwolniona. Skrzydła wyjęłam parę dnie temu z szafy, trochę zakurzone, ale wciąż białe, marzące, jasne. Z piórami tak to już jest - mogą się stłamsić, skurczyć, ale gdy tylko wyciągnie się je na powietrze, wstępuje w nie zupełnie inne życie.
Radość nie jest łatwa, ale stosunkowo dostępna dla stłamszonego nadmiernym czekaniem umysłu. Trudna do uwierzenia, ale łatwa do wyskakania. I tylko zmienianie życia wydaje się trudne. Czy to może wciąż ta nieoswojona, nieuświadomiona radość? Bo czy to w ogóle możliwe? Tak stać się wolną z dnia na dzień, tak poprostu gdy zaakceptowało się już fakt, że końca nie będzie nigdy?
Jakkolwiek pierwsze kroki poczynione: firanki w drodze i nawet spodnie. Oh, jak dobrze jest mieć znów normalną (oczywiście mogłaby być większa, żeby wystarczyło na kilka drobiazgów więcej) wypłatę, gdzie zostaje jakaś 100 czy dwie na ciucha, marchewkę organiczną i spontaniczne firanki. Teraz tylko muszę skombinować wiertarkę, by powiesić cuda i zaczarować mój świat na żółto (no, brzoskwiniowo) i na niebiesko (turkus, dokładniej rzecz biorąc).
I może nawet na sypialnię też mam juz pomysł.
I co dalej?
Całe życie:))
Subscribe to:
Posts (Atom)